środa, 15 stycznia 2014

Sesja, Zakopane, Falenica, Zima, Strach, Ciało...

Chyba nie będę pisać tylko o bieganiu, wchodziłabym tu z rzadka, bo po co pisać - dziś przebieglam 12 km  przebieżkami, w tempie..Nawet nie wiem jakim, bo nie mierzę.
Od początku - S jak sesja, wczoraj niby głupi teścik z masażu leczniczego- zaliczyły tylko 3 osoby i to ledwo.Szczęściem byłam wśród. Nie dla mnie taka forma - czytania pytań i odpowiedzi do wyboru z 30sekundowych slajdów..nie ma czasu i spokoju na skupienie, zawsze wolałam papier, nawet jeśli mialby to być jednakowy czas. Z jak zdenerwowanie. Albo powinnam napisać ambicja..perfekcja..bo chcę ( a tam chcę..MUSZĘ) zdać jak najlepiej. A się nie da. Pomijam dbanie o stypendium. To takie wewnętrzne coś, co mi tez czasem w bieganiu przeszkadza, wywołuje niepotrzebne napięcie w ciele, spina, usztywnia. Jest dużo do  opanowania, z jednej strony się denerwuję na szkolnictwo, ze tyle do zaliczenia, że  co za glupi pomysł wrzucania egzaminów w 1-1,5 tygodnia, jak można by spokojnie przez caly rok, po cholerę komu ta sesja, zeby chociaż z zajęć zwolnili w tym czasie, żeby mieć czas się przygotować..Z drugiej - nie cierpię musu, im jestem mniej młoda, tym bardziej wywołuje to we mnie opór, więc wynajduję inne rzeczy, które akurat teraz muszę zrobić zamiast siedzieć na tyłku nad notatkami.I potem panika. Zresztą, niby studia fizjoterapii, maja uczyć dbania o zdrowie, a po 7 godzin trzymają mnie w ławce, kręgosłup protestuje, a tu jeszcze po powrocie do domu, też pozycja siedząca do nauki.Grr.
Z jak Zakopane. Wyrwalam się na 4 dni, choć podróż wliczając, to 2 dni.. Dolina Strążyska, dolina Białego..droga pod Reglami. Tylko tyle zdążyłam. Biedna G, która nieopatrznie zgodziła się ze mną pojechać, zgoniona jak pies. Bo przecież ja nie mogę spokojnie chodzić, tylko w tempie 2 zakresu. Wymijam ludzi, bo w górach nie cierpię tłumu jeszcze bardziej. I tu ciągiem skojarzeń -  F jak Falenica, trzecie podejście. Ciut gorzej 44.58, w dodatku Wojtek z własnej Ścieżki mnie wyprzedził przed ostatnim zbiegiem. Spisek koszulkowy - dali mi klubową koszulkę przed startem, łechcząc moja próżność słowami, ze liderka przecież nie może biegać w jakiejś innej. Założyłam, no i wypatrzył mnie i przegonił. Dwumetrowego chłopa swoimi krótkimi nóżkami już nie byłam w stanie dogonić.Co do tłumu..no nigdy nie lubiłam. To przepychanie, trącanie łokciami przed startem, żeby tylko zająć najlepsza pozycję i tuz po starcie - zdeptaliby w pędzie. Zapisałam się na cały cykl z myślą o dobrym treningu, bo takim jest dla mnie start w zawodach. I ambicję odwieszę na hak. I tak czasowo jest bardzo dobrze.A im mniej jestem spięta tym potem lepsze rezultaty.
Z jak zima za oknem. Nie poradzisz, już było tak fajnie wiosennie.. Teraz rower w kąt i z plecakiem po zakupy trzeba zacząć biegać. Nie lubię zimy, bo nie łatwo ogrzać stary, duży dom. I obniżyła mi się bardzo tolerancja na zimno.Starość?
S jak..obecny stale. W różnych sytuacjach - i tych szkolnych, i pracowo-przyszłościowych, między ludzkich. Wpływa na C jak ciało. Interesuje mnie ten temat emocji zawieszonych w ciele - jak człowiek wygląda, to wyćwiczone oko dużo powie o jego psychice.
"Ciało - poza tym, że sobie jest niezależnym bytem - jest też dokładnie takie, jak je nosisz. Jeśli nosisz je naturalnie - ono jest naturalne. Jeżeli nosisz je nienaturalnie ono jest nienaturalne. Jeżeli nosisz je cicho - ono jest ciche. Jeżeli nosisz je hałaśliwie - ono jest hałaśliwe. Jeżeli nosisz je przystojnie - ono jest przystojne. Jeżeli nosisz je nieprzystojnie - ono jest nieprzystojne. Jeżeli nosisz je miękko, łagodnie, powiewnie - ono jest miękkie, łagodne, powiewne. Jeżeli nosisz je hardo, twardo, gwałtownie, brutalnie - ono jest harde, twarde, gwałtowne, brutalne. I to wszystkim bliźnim naszym udziela się. Zaobserwuj to. U siebie i u drugich." 
Edward Stachura
I fascynuje jak dotyk wpływa przez ciało na psychikę.Bardziej niż podwieszanie w UGUL-u, które za godzinę będę zaliczać.. 'Sznurkoterapia' jak mawia jeden z naszych wykładowców. W wywiadzie z amerykańskim terapeutą, uzdrowicielem manualnym usłyszałam, że technika masażu jest mniej ważna, ważniejsza jest kochająca obecność, to w jaki sposób dotykasz, traktujesz te tkanki. Nawet obce, nie osoby najbliższej. Zainteresowanie a nie przedmiotowość. Uczymy się o badaniu podmiotowym i przedmiotowym Pacjenta. Ale nie o uważności.

niedziela, 29 grudnia 2013

Falenica - odsłona druga.

Ciekawe czyj to był pacemaker.. Wiosenne ścieżki, słońce miejscami oślepialo i trzeba było uważać, żeby nie wpaść na drzewo. Mniej ludzi, bo okres międzyświąteczny. I znowu szybciej - 44.47 wg mojego stopera, tym razem nie zapomniałam go wyłączyć na mecie.Chyba trzecia dobiegłam.Ale..znów niedosyt..Chyba za dużo kalkulacji i asekuracji. Różowe podkolanówki wyprzedziły na 2 okrążeniu, i pozwoliłam im zniknąć z oczu. Na ostatnim przyspieszyłam, bo wyobraziłam sobie, że ktoś mnie goni. Może powinnam, jak wcześniej, stawac na froncie, nie przejmując się przepychającymi facetami i ruszać z kopyta, a potem zwalniać, zeby się nie zajechać, ale trzymać w miarę ostre tempo i zobaczyć co z tego wyjdzie, na ile mnie stać.Bo stać mnie na więcej, tylko organizm lubi tą bezpieczną strefę komfortu. Po biegu ciepła herbata, ponoc tez ciepły izotonik był. Słońce, ciepło, przyjemnie..ciekawe, która falenica będzie w śniegu..

niedziela, 15 grudnia 2013

Falenickie wydmy.

Po roku powrót na falenicką Golgotę. W zeszłym roku byłam raz, bujałam się z kontuzją, zniechęcił mnie też tłum, który się pojawił na wąskich, piaszczystych ścieżkach. Dwa lata temu miałam wysoką lokatę w cyklu a ostatni bieg wygrałam, i to nie z byle kim - Anią Górnicką - Antonowicz. Szczęście, że nie wiedziałam, kto za mną wtedy biegnie.. Po biegu dwa dni chorowałam, ale radość niesamowita. I czas też - 46.30.
Wczoraj powróciłam do Falenicy, bieg jak zwykle w sobotę, jak zwykle przepychanie się przez sobotni targ, opodal pyszna cukiernia, do której zawsze po biegu się wpada - dla części to motywacja do przyjazdu. No i tłumy..biegaczy, trzy stanowiska do zapisów na 10 km, oprócz tego tez są rozgrywane biegi na orientację - potem , na trasie, zazdrośnie patrzyłam na pojedyncze sztuki albo pary biegnące swobodnie po lesie, w poszukiwaniu punktu kontrolnego, bez udziału w grupie bizonów rozdeptujących wydmy. Hurraoptymistycznie zapisałam się do najszybszej grupy na 10 km - zdeklarowanych pokonać te 21 podbiegów w mniej niż 48 min. Jadąc trochę wątpiłam, pamiętałam jak Golgota potrafi sponiewierać. Ustawiłam się na starcie bliżej czołówki, żeby nie dać się zahamować zaraz, ale obawy były nieuzasadnione. Ruszyli z kopyta.Wszyscy pognali jakby wilcy gonili. Przelatywał obok mnie tabun chłopa, różowych lasek, a ja pozostawałam w zdziwieniu - tacy mocni? żeby tak zacząć? Nie znam tych twarzy, może rzeczywiście się sporo pozmieniało od mojej bytności.. Biegnę z boku, ale niełatwo, przepychanie, zarobiłam łokciem, dopiero 2 kółko się rozluźniło, zdziwiłam się, że tak szybko mi te pierwsze 7 górek minęło (co setka robi z człowieka..), na początku drugiego minęła mnie Ania G-A.- gdy Szefowa spytała dlaczego nie pobiegłam za nią..nie wiedziałam - fakt, przebiegłam ten bieg w komforcie, nie było dreszczy, mdłości i mroczków. Nie było ścigania. Drugie i trzecie kółko - wyprzedziłam tą Różową  Stajnię pewnego trenera, mijałam innych, czułam wtedy satysfakcję, że nie dałam się porwać tłumowi na początku. Falenica to może nie góry, ale też trzeba mieć wobec niej pokorę. Zrobili dobre oznaczenia na drzewach, nawet za dobre - strzałek naćkane, że ślepy by się nie zgubił, do tego jeszcze słupki z kilometrażem jak w parku. Tak, zmieniła  się ta kameralna Falenica.. Na mecie zapomniałam wyłączyć  stoper, Ania dobiegła krótko przede mną, szkoda, że jej nie widziałam bobym się ścigała. Czas - albo 46 min albo ciut przed - na razie najszybsza dyszka tutaj, dobrze wróży, bo na komforcie. Jestem z jednej strony bardzo zadowolona, ale z drugiej..nie bardzo - bo nie było TEGO uczucia, gdy przekraczam granice swojego ciała, psychiki, fizjologii, gdy czuje, że już nie mogę, a przyspieszam.. To najokropniejsze uczucie pod słońcem i ..najcudowniejsze.
Czas 45.44!! Gepard powrócił.

czwartek, 7 listopada 2013

A miałam jutro wsiąść w blablacar i pojechać do Białegostoku na bicie życiówki na dyszkę..Wszystko zorganizowane, opłacone. A tymczasem, od gardła sie zaczęło, przez gorączkę, ból każdej komórki w ciele, a kończy - oby na katarze, trwa drugi tydzień. Istotny tren przed startem, na stadionie nie wyszedł, spuchłam i ciało powiedziało - a wała. Miało nie być jesiennego roztrenowania, bo się wcześniej bujałam z różnymi kontuzjami i wtedy, chcąc nie chcąc, odpoczywałam.Ale widać trzeba przystopować, przeleżeć. Ciekawe, że dopiero teraz zrozumiałam,  że mimo, że mogę chodzić i nic mnie już nie boli, to jednak trzeba leżeć i dać sercu i innym układom czas na naprawę. Więc biegi Niepodleglościowe przejdą koło nosa i nie dowiem się ile bym wykręciła teraz w superkompensacji na 10 km.
I tak trudno nie biegać..jak już się przyzwyczaiłam do codziennego wietrzenia płuc.

Atak na puchar czyli historia kryminalna II Maratonu Kampinoskiego

W ostatni weekend października, jak donoszą nasi dziennikarze śledczy, w podwarszawskim Kampinosie zdażyła się mrożąca krew w żyłach sensacyja. Znana persona warszawskiego półświatka, szara eminencja gangsterskiej Warszawy,ale zawsze wymykająca się policyjnym obławom, nieuchwytna Marta P. znów pojawila się na szpaltach kryminalnych rubryk warszawskich gazet. Po ostatniej aferze diamentowego diademu Jolanty Kwaśniewskiej zniknęła z, wydawałoby sie, powierzchni ziemi. Najlepsi detektywi, ani obdarzone najlepszymi nosami psy gończe nie były w stanie wpaść na jej trop. Plotki głosiły, że ta żądna błyskotek, sprytna kobieta porwała się na klejnoty koronne maharadży Lomi-Lomi i zlapana na gorącym uczynku została rzucona chomikom na pożarcie;ktoś też widział ją jesienią zajadającą kasztany na placu Pigalle. Posłuchajmy jednak, co sama podejrzana o kradzież bursztynowej komnaty mówiła w kampinoskim lesie. W sobotę, w Dziekanowie Leśnym zorganizowano, jak rok uprzednio kameralny bieg na dystans maratonu i półmaratonu. Zjawiła sie śmietanka okolicznych biegaczy, zwlaszcza dumna kobieca reprezentacja Ścieżki Biegowej Pole Mokotowskie (męska chorowala albo piła piwo). Nasze trzy boginie parkowych ścieżek, Najady tartanu ochoczo zerwały się skoro świt z cieplutkich łóżek, by dotrzeć przez mleczną mgłę tam, gdzie wrony zawracają. Dwie z nich, Marzena i Tamara, zjawiły sie bronić tytułów zeszłej edycji czyli 2go i 3go miejsca. Wypinaly brzuchy z VIPowskim numerami startowymi, na których widniały ich nazwiska. Natomiast trzecia tajemnicza bohaterka, o imieniu Marta, uparcie pozostawała przy wersji, że nie trenowała za dużo, że to jej pierwszy maraton, że jeszcze nie wie, czy wystartować, że pracowała fizycznie w dalekiej Norwegii i cos tam tylko truchtała. Krótko mówiąc, osoba ta, starala się na wszystkich, a zwłaszcza na swych towarzyszkach, wywrzeć wrażenie, że nie wie, nie rozumie, nie dobiegnie, ma dwie lewe nogi. Bystra i nie w ciemię bita pretendentka do podium, Tamara, skomentowała z ciepłem i sympatią dla koleżanki w głosie - "a spróbuj mnie wyprzedzić". Druga pretendentka, Marzena strzelała tylko umalowanym  okiem i tajemniczymi uśmiechami po biegowej gawiedzi.
Maraton startował o 9ej rano, w liczbie ponad 80 osób, półmaraton pół godziny później - 300 osob. Oddamy teraz głos jedynej pozostałej ledwo przy życiu bohaterce śmiertelnego pojedynku, jaki rozegrał się owego feralnego dnia na ścieżkach Puszczy Kampinoskiej:
"Było zimno diabelnie,ręce grabiały od samego patrzenia. Jaką miałam politykę biegu? Wystartować i na szerokim odcinku ok 1 km lecieć szybciej, bo później jest kilka kilometrów kiszki, gdzie wszyscy zwalniają,zeby sie na korzonkach nie obalić.Więc  wystartowałam, lecę i lecę i sie dziwie, ze jestem cały czas na prowadzeniu wśród kobiet, przede mną około 12 facetów pognalo. Przez moment pomyślałam, jak fajnie lecieć w czołówce. I po chwili znalazłam sie sama w lesie, za mną nikogo, przede mną nikogo. Tylko ja i las po pas. I łosie. I tak parę kilometrów minęło w tym miłym towarzystwie. Około 10 km się zagęściło, jakieś przetasowania. Słyszę za sobą czyjeś lekkie kroki od dłuższego czasu.Skradające się. Zastanawiam się do jakiej płci należą i jakie zamiary żywią.I na długiej, piaszczystej prostej, na paluszkach jak szpieg z krainy deszczowców, przemyka z boku ona. Marta P.Ze skromnością i skruchą w głosie, ale zdradzieckim triumfem na twarzy rzuca, że przeprasza, ale wolniej nie umie. I mija mnie. Rzeczywiście krok mamy podobny, ale to nie znaczy, żeby mnie wyprzedzać. Pokerowym, spokojnym, obojętnie chłodnym to-nic-dla-mnie-nie-znaczy, głosem odpowiadam :"spoko, leć, jak jesteś mocna." Ale gdyby się wtedy nieopatrznie odwróciła, zobaczyłaby Furię, Demona Wyścigu z Najczarniejszych Snów.Holenderska krew sie we mnie zagotowała, oczy zaszły bielmem, spomiędzy warg wysuneły się kły gotowe zagryźć i wypluć bez przeżucia, u nóg wyrosły szpony orła bielika walczącego o ostatniego królika na ziemi do nakarmienia swojego potomstwa. Chlasnęłam ze świstem ogonem łamiąc dwie dorodne sosny i zmełłam przekleństwo, które zamieniało koleżankę z klubu w dżdżownicę z dysplazją stawu biodrowego.
Lecimy dalej, dystans między nami ten sam. Okazja się zdarza przy wodopoju, M się zatrzymuje, ja nie, chwytam kubek i śmigam obok. Teraz role się odwróciły, z myśliwego stalam sie zwierzyną.Na kolejnym punkcie kontrolnym słyszę gdzieś niepokojąco blisko kobiecy głos podający numer. Dobiegam kolejnych zawodników. W głowie lekka panika, za szybko biegnę, to maraton, słynna ściana i td. Co ja wyprawiam? Przede mną biegnie Łoś, za mną Szafa Grająca. Nadajemy szybkie tempo. Szafa doprowadza mnie do szewskiej pasji - gra mu głupkowata muzyczka na głos, pika jakieś ustrojstwo, szarpie się z plecakiem, byłam świadkiem jak dwa razy manipulując pzy swoim oporządzeniu wywinął koncertowego orła. Teraz słysząc jakieś potknięcia za plecami, nerwowo się wzdrygam, czekając, aż zwalając się z nóg zahaczy o mnie. Puszczam go, staram się biec dalej, ale on uparcie sie przykleił. Zwolnić nie mogę, bo gdzies tam Marta P.dyszy na plecach, przyspieszyć, to juz byłaby przesada, bo i tak szybko biegnę i sie zajadę. Wreszcie, 20 km, zostawiam go u wodopoju. Teraz najładniejsza trasa, zielono od mchu, ale tez trudna bo pofałdowana. Dalej nie wiem jak sytuacja za plecami, na ile ta M jest mocna po tej Norwegii i gdzie reszta lasek? Czy to mozliwe bym prowadziła od początku (prawie..) do końca maratonu? W momentach kryzysu wyobrażam sobie jak wbiegam na ostatnią prostą w szpalerze wiwatującego tłumu, zrywam wstęgę na mecie.. Znienacka pojawia sie zakręt na zielony szlak, tu zaczyny się najgorszy, ciągnący się jak flaki z olejem odcinek 11,5 km. Biegniesz i biegniesz i droga wpada w jakąś niekończącą się czasoprzestrzeń.A ty jesteś Syzyfem, którego praca nigdy sie nie kończy. Czwórki daja znać, łydki tez juz zbite, staram się nie zwalniać, trzymac to tempo, choc głowa już daje sygnały,  ze najlepiej to się zatrzymać. Przypominam sobie słowa z książki Kiliana Jorneta: "Ból nie istnieje, on jest tylko w twojej głowie. Spraw, by to twoi rywale cierpieli. Zabij ich" Czy ja chcę wygrać? Tak naprawdę, chcę? Czy znów - jak wygram przy okazji to dobrze..jak będzie,tak będzie..
Sporo grupowych wycieczek, jakies dzieci przybijające piątki, ale z rzadka ktoś kibicuje, raczej nadęci, że muszą zejść by mnie przepuścić. Mijam kilku zawodników. No gdzie te ostatnie kilometry i mostek..? Każdy przeswit w oddali wydaje się, że to już ten zakręt z ostatnią prostą. Ktos robi zdjęcia, gratuluje, chcę powiedzieć, że jeszcze nic pewnego, jeszcze się wszystko może zdarzyć.Wreszcie, jest zakręt, ale żywego ducha, w zeszłym roku już stali tu kibice. Ostanie 900m, w oddali majaczy dmuchana meta, biegnę sama.Jakby w ogóle nie było wyścigu, gdzieś przy mecie wreszcie grupka ludzi coś krzyczy, jakiś czas mi miga, ale nie jestem w stanie odczytać.Przekraczam rozpędem gumowy pas, prawie wpadam głowa w dziewczynę z medalami. 3.31:56 - własnym oczom nie wierzę, w zeszłym roku zdychając 4 godz mi zajęło."
Po jakimś czasie (3.50) wbiega Marta P jako 4ta kobieta.I po następnym 4.13 - Marzena. Ścieżka w euforii powyścigowej. Wzajemnych uscisków i poklepywań nie ma końca. Ceremonia wręczenia nagród, zdjęcia, autografy..Wydawałoby się, że już wszystko, co się miało  wydarzyć, się wydarzyło,ale..Marta P. nie zasypuje gruszek w popiele, czeka na dogodna okazję i..pod pretekstem zrobienia zdjęcia do rodzinnego albumu, wykorzystuje ostatnią dogodność oraz swoją mamę aby zdobyc puchar naszej zwyciężczyni.I to zdjęcie, nasz dzielny reporter zdobył ryzykując życie, zdrowie i godność osobistą. Wydawałoby się, że Marta P. przylapana na gorącym uczynku i rozpoznana zaprzestanie swojego procederu, ale, proszę Państwa, nalezy pamiętać, że mamy do czynienia z przebiegłą kobietą o stu i jednej twarzy.Strzeżcie się!

sobota, 19 października 2013

Niedziela, piąta rano.

Dzwoni budzik. Jeden, potem drugi.Bo trudno się wstaje przed świtem. Ciemno za oknem i dość chlodno jesiennie. Plecak z ciuchami na przebranie przygotowany, będę  miała go przez 3 godziny biegu na plecach, więc zawartość tylko niezbędna, bukłak z wodą i zeszyt do anatomii. Puste, ciemne ulice, w kolejce jakieś poimprezowe niedobitki i parę osób na pierwszą zmianę. Autobus "Ł" z metra Marymont parę minut po 7ej zabiera mnie do Dziekanowa Leśnego. Przez godzinę jazdy świat się rozjaśnia. Wysiadam na pętli, w progach Puszczy Kampinoskiej. Deszcz przestał kropić, zrobiło się cieplej. W planie 30 km, więc oblecimy częściowo trasę maratonu, który odbędzie się tu za tydzień. Liście na drzewach już przebarwione, szeleszczą pod nogami, mijamy groble, zagubione domy w lesie, nielicznych grzybiarzy i spacerowiczów. Czerwony szlak, żółty szlak, zielony szlak. Dość ponury ten Kampinos, myślę gdy mijam miejsca o nazwach: Mogilny Mostek, Na Miny, Grobowa Droga,.. tu pomnik, tam mogiła..A taki piękny. Żółty szlak prowadzi szeroką, równą drogą wśród obłędnie zielonych mchów, aż zbaczam z drogi i biegnę po zielonym miękkim dywanie. Stopy zagłębiają w jagódki i mchy, podłoże sprężynuje, czuję jakbym nic nie ważyła i nie byla zmęczona po dwudziestym którymś kilometrze.Jakbym się mocno odbiła to dosięgłabym szczytów sosen. Jest trochę i piachu - stopy mocniej pracują, dobrze na treningu nie iść na łatwiznę, nie omijać cięższych miejsc, to potem procentuje, a gdy wyskakuję z piachu na twardsze podłoże, noga sama niesie. Rozpędzam się, gdybym biegła sama, to  zamiast 30km wolno, wyszedłby bieg z narastającą prędkością. Zwalniam czekając na koleżankę, ale nie na dlugo, potem znowu nogi mnie niosą, do następnego zakrętu. Aż dobiegamy do autobusu, szybki prysznic z butelki w krzakach niesamowitą przyjemnością, przypomina mi się gdy kiedyś konczyłam trening w lasach Otwocka i myłam się w deszczu w lesie. W autobusie ciało przyjemnie zmęczone, najprostsza kanapka smakuje jak specialite de la maison.
....


wtorek, 24 września 2013

Pokontuzjogennie.

Ścięgno z boku kolana przestało boleć. Swoje trzeba odczekać. Odpuściłam ok 2 tygodnie. Dziś trzeci dzień godzinnego rozbiegania, takie tam lelum-polelum po Lesie. Ale nie bez adrenaliny, obiegam dookoła poligon, wzdłuż betonowego muru, dobiegam do zakrętu zasłoniętego przez narożnik z betonowych płyt, a tu znienacka biegacz w żółtej koszulce. Oboje się wystraszyliśmy, tętno wzrosło. On myślał, że to dziki tak tupią. No fakt, dziki w Lesie zrobiły się ostatnio bezczelne. Jakiś czas temu wyszedł taki na pożarową, wysypaną jasnym piaskiem szeroka drogę i stoi, biegnę z przeciwka i zwalniam czekając aż - jak na dzikie zwierzę przystało - wystraszy się i czmychnie w krzaki. A ten, mając w nosie (ryju?), że znajduje się na terytorium zaanektowanym przez cywilizację, jak nie chrumnie i nie zacznie kłusować w moją stronę.. Niewiele myśląc, stwierdziłam, że mogę równie dobrze pobiec z powrotem.
U Guru-Terapeuty po badaniach - czyt.- wyginaniu i wygibywaniu, okazało się, że krzywa jestem. Nie, że jedno oko na Maroko..ale na pewno kolano na Kaukaz. Wyrok brzmiał: brak kontroli rotacji wewnętrznej w prawym stawie biodrowym, za czym szło zwiększenie objętości mięśnia czworogłowego uda lewej nogi, uciekanie prawej kostki do środka, brak czucia głębokiego, prócz tego jakieś kręgi przyblokowane. W przeponę  też miałam palce wpychane. Świetne było to, jak doświadczone oko fizjoterapeuty na drugim spotkaniu mnie rozszyfrowało. Wszystko to co o swoim poruszaniu, bieganiu,postawie w ogóle, nieśmiało myślałam, sądziłam, domyślałam się - zostało zauważone i podsumowane. Dużo rzeczy mam do poprawki w ciele. Ale to dobrze, byle do przodu. Jeszcze do końca tyg rozbiegania, potem przetestujemy się i zaczną się treningi przez duże T. 19 października kampinoski maraton. Zobaczymy.