Zaniedbałam pisanie - ani o Krynicy i B7D na 66km, ani o ukochanej B160, ani o Maratonie w Kampinosie.. Jakoś nie było potrzeby uzewnętrznienia się. Teraz - jak w tytule - luz,blues, w niebie same dziury..do polowy listopada. Najwyższy czas na odpoczynek.Jeszcze chciałam w jakieś góry..ale może to właśnie urlopowo wykorzystam wygrany weekend w Szczyrku. To był dobry rok. Przepraszam..to był bardzo dobry rok! Jakość wzięła górę nad ilością. Ostatnie miesiące - co start, to pudło. To bardzo miłe. Ale też łączy się z wyrzeczeniami, zmęczeniem ciała, umysłu też. Więc teraz do Lasu - kilka razy w tyg, na basen, sauna. Morsowanie chcę zacząć regularnie.Jogę.. no i więcej czasu na przygotowanie chałupki do zimy. Tak, żeby zatęsknić za bieganiem.
sobota, 25 października 2014
środa, 3 września 2014
Horsky Kros na Gerlach - nagroda czeka na szczycie.
Kilka dni intensywnego gorskiego biegania w Beskidach minęło jak sen złoty. Posmakowałam Cergowej - wymagającej górki, która stawia rózne wyzwania zależnie od strony, z której się ją atakuje, a wysiłek nagradza widokami i powietrzem bukowego lasu. Poszukiwaliśmy wiatraków w krosie, przedzierając się przez zarośla i jary. I wreszcie - spełnilam marzenie - pojechaliśmy w Bieszczady. Aż mialam łzy w oczach, widząc na żywo te zielone przestrzenie na jedno skinienie. Wbiegłam na Tarnicę, bez podchodzenia i zatrzymywania. I tak jak setka cos mi zmienila w glowie, tak ten podbieg zbudował kolejny stopień rozwoju. Więc, na hasło Szefowej - to może na Gerlach? Są zawody na Słowacji. - zapaliłam się ochoczo. Na fali endorfin, nie skupiałam się zbytnio nad tym, że to najwyższy szczyt Tatr, że to jak bieg Marduły, tylko ciut wyżej. Słowacy robią zapisy przez internet, ale żadnym problemem nie jest zapisanie się na miejscu, w dniu zawodów. Ceny wpisowego tez przystępne - 8 i 10e. Prawdziwy alpejski bieg z prawdziwego zdarzenia - biegniesz tylko pod górę i jest coraz bardziej stromo. Wreszcie przyszedl dzień startu, nocleg w Rytrze i ruszamy na Slowację. Zaskoczona jestem jak są duże różnice tuż za granicą - Słowacja w tych okolicach wygląda bardzo ubogo, stare miasteczka jeszcze mają drewniane bramy z oryginalną snycerką, bo mieszkancy mają za mało pieniędzy by to zniszczyć. Piękne przedwojenne hotele niszczeją w zarastającej roślinności. Bliżej wysokich Tatr przejeżdżamy przez dwa kurorty, gdzie juz jest europejsko - restauracje, sportowe sklepy i odrestaurowane budynki. Góra, na którą mam wbiec rośnie w oczach a mina rzednie w miarę połykanych kilometrów.Szczyt góry spowity w pióropusz chmur. Start i biuro zawodów jest w miejscowości Gerlachov, jesteśmy na tyle wcześnie, że mam okazję przyglądać się nadjeżdżającym zawodnikom. Pół roku wcześniej byłam na pierwszym krótkim alpejskim biegu na górę Żar i uderzyło mnie wtedy, jak zupełnie inny klimat panuje w stosunku do tych głośnych biegów ultra. Jacy inni biegacze przyjeżdżają - żylaści starsi panowie, często i siwe panie, którzy zęby zjedli na bieganiu po górach, bo mieszkają w okolicach. Bez przywiązywania uwagi do ubioru, kompresów, garminów, twarze rzeźbione wiatrem i słońcem. Tutaj też - przyjeżdżają na rowerach, w ortalionowych dresach, starymi skodami. Widać, że się znają od wielu lat, nowe twarze są taksowane uważnie. Jest okolo 50letnia słowacka zawodniczka, która ma rekord świata w biegu na 100km po płaskim, jest Prochazkova - narciarka biegowa, która biega z Kowalczyk w Pucharze Świata, w ogóle sporo teamów narciarskich, widać po opisanych samochodach i szerokich barkach. Są Węgrzy, Litwini. Od nas mistrzowie - Iza Zatorska-sześciokrotna zwyciężczyni i nadal rekordzistka trasy i Andrzej Długosz, z apetytem na zwycięstwo, Daniel Wosik - utytułowany biegacz górski, Ania Berdek - dzień wcześniej zajęła 3 msce w biegu na Skalnate Pleso. Trasa 8,4km, przewyższenie 880m, zaczyna się kawałkiem asfaltu, potem sporo trawy - błoto wysypane trocinami, przebieg przez malutką stację kolejową, asfalt i szlak.Meta przy Domu Śląskim - hotelu pod szczytem.Nie wbiegamy na sam szczyt - szlak nie na zawody.Zakończenie imprezy, jedzenie i dekoracja znów na dole, przy hotelu Hubert. Z niepokojem się dopytuję ile startuje osób (głupio być ostatnią) i czy znajomi poczekają aż tam wlezę, czy szukamy sie na dole.Gorączka przedstartowa. Wreszcie ruszamy. Po trawie nierówno, nogi sie męczą, ale wpadlam w rytm i wyprzedzam parę osób. Co jakiś czas tabliczki informujące ile kilometrów jeszcze zostało.Sporo kibiców dopinguje "hop,hop,hop!".Ciupanie asfaltem z kilometr i szlak, aż się dziwię jak nogi się ucieszyły, łatwiej mi sie biegnie. Wyobrażam sobie, że jest to tylko kolejny obóz biegowy, trochę liczny co prawda, i jak na Tarnicy - Szefowa powiedziała, że nie wolno się zatrzymywać, cały czas haratamy pod górę. Więc haratam, ludzie przede mną podchodzą, ja wyszukuję miejsca pod stopy i ciupię swoje, zaczynają się spore kamienie i strumienie, tu juz trudno, nogi sie ślizgają. Znów mijam kogoś.I zanim się obejrzałam - zakręt i meta! 1'08'', 16 z kobiet. Nagrodą obłędny widok na góry i jezioro. Moczymy nogi, woda mrozi do kości, kolega sie decyduje zanurkować, no, dwa razy nie trzeb mnie namawiać, byc tu i nie pływać w tym pięknie to grzech. Wskakuję i zaraz zamrażają mi się wszystkie komórki.W pędzie do brzegu wykorzystuję wszystkie style plywackie jakie znam, najbardziej ten rozpaczliwy.. Z Danielem zbiegamy na sam dół, nogi zmęczone, lecę w pewnym momencie na pysk. Szybkie doprowadzenie się do porządku w hotelowej łazience i jedzonko - gulasz i piwo Zubr, można bezalkoholowe. Koło hotelu mini zoo - sporo zwierzątek, choć glównie pierzaste widzę. Dekoracja zawodników - wygrali Andrzej Długosz i młoda Słowaczka Beresova, Iza Zatorska na drugim miejscu, pokonując narciarkę z Pucharu Świata. Były tez kategorie wiekowe i znienacka słysze swoje nazwisko - 3 msce i nawet nagroda - 20e. No to rozumiem, wracając wydajemy na obiad w słowackiej gospodzie - prazony syr i herbata z mięty, pokrzywy i podbiału z prawdziwym lipowym miodem. To lubię. Podobają mi się te biegi alpejskie - to zupełnie inny wysiłek niż ultra, mocno, energicznie od początku, serce i płuca na najwyższych obrotach a nagroda czeka na szczycie.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Oszust i s-ka czyli Chudy Wawrzyniec a.d.2014
Piwo i rzeka. Zimna rzeka i zimne piwo. Oszroniona butelka bezalkoholowego w ręce, kładę się na plecach, a chłodna woda gasi pożar na mojej skórze. Zamykam oczy... Otwieram. Jestem gdzieś na granicy polsko-słowackiej, szlak się ciągnie bez końca, uatrakcyjniany plamami błota, po którym ślizgają się zmęczone nogi oraz zwalonymi świerkami, przez które przełażę, raz górą raz dołem. Po raz dwudziesty wyciągam profil trasy z kieszonki plecaka. Oceniam, że to jakiś 65 kilometr, przede mną kolejny "hopek" sądząc z mapy, potem strome podejście na Trzy Kopce i jeszcze jedno na Halę Lipowską a potem z górki. 12 km zbiegu do mety, na wykresie całkiem stromego. Boję się go, jeszcze na zbiegach trzymam mięśnie brzucha z całych sił i bolesna kolka się nie pojawiła, na B160 dała mi do wiwatu. Ale kosztem jest, że zbiegam jak pokraka powoli i zachowawczo. Pojawiło się wredne uczucie pełnego pęcherza, choć taki nie jest. Bardzo przeszkadza. Słonce pali. Spodenki kompletnie mokre, patrzę czy to bukłak nie przecieka, ale to mój pot. Mam dość. Mam dość, jak już dawno nie miałam, może kilka lat temu na Mistrzostwa Polski w Biegach Pustynnych, gdzie po pierwszych 5 km myślałam, że zejdę. Z trasy i ze świata. "Pierwszy i ostatni raz ta trasa" - myślę. Ciągnie się jak flaki z olejem. Siły powiedziały mi "papa" ze 20 km wcześniej i poszły nad rzekę po piwo. Wcześniej, przed 40 km, na szczycie Rycerzowej, gdzie było rozejście tras - na krótszą (50km) i dłuższą (85km), Anielica na moim lewym ramieniu głosem rozsądku radziła - "skręć w prawo, jeszcze 10 km i już, rzeka i piwo..nogi odpoczną..Przecież możesz wybrać trasę." Diablica na prawym syczała- "Zdecydowałaś sie na 85! co to za odpuszczanie! Twardym trzeba być nie miętkim!". Na pierwszym wodopoju zwierzyłam się z rozterek Krzyśkowi, który do mnie doszedł - "nie rób scen." - usłyszałam. Nie pomógł. Na Rycerzowej dwa banery - w lewo na 50km, prawo - 80km. Nie chcę się długo zastanawiać, prawo. Pytam spisujących, która jestem - "Druga". Ziemia zaczęła mnie parzyć w stopy, zlatując w dół, słyszę jeszcze za sobą - "Powodzenia!" Diablica znacząco spojrzala na Anielicę, ta wzruszyła ramionami. Lecimy! Druga! Za Ewą Majer, szał po prostu! Teraz tylko to utrzymaj. Po drodze mijam Maćka Więcka - zwykle zwyciezcę takich biegów, teraz kuśtyka, bo uszkodził sobie stopę. Ponad połowa drogi przede mną, jeszcze wszystko sie może zdarzyć. Niepewność do samego końca. Startując miałam nadzieję na pierwszą 10tkę, może 6tkę. Znów patrzę na profil, druga połowa to 5 mocnych podbiegów i kilka "bździdełek". Okazuje się, że owe "bździdełka", kumulując się, najbardziej wysysają siły. Pojawia się i osławiony Oszust - stroma ściana błota, płaczu i zgrzytania zębów. Dochodzę do paru biegaczy, jeden opiera się w połowie stoku o drzewo i ciężko dyszy. Dwie poprzednie edycje padal deszcz, wyobrażam sobie, jaką ta góra była wtedy zjeżdżalnią. Teraz, mimo słońca, nadal podłożem jest śliska glina. Jak jest podejście, to musi być i zejście, ktoś przede mną zjeżdża na siedzeniu, ja wykonuję efektowny mostek az kości zatrzeszczały. Potem drugi wodopój na przełęczy Glinka - znów dwa litry wody na plecy, wypijam piwo alkohol free, goryczka przyjemnie drażni gardło, dwa kawałki banana i dalej, byle nie stać. I znów długa ścieżka. Byle do przodu, wkrótce biegnę sama. Pojawiające sie co jakis czas białe słupki graniczne wydają mi się postaciami ludzkimi. Parę razy miotnęło mną po ściezce - "co, do cholery? no tego jeszcze nie było, żebym słaniała się na nogach". Analiza - za mało zjadlam? Pilam? Za dużo słońca? Nikogo przede mną, nikogo za mną. Kolejne wzniesienie, z profilu mi wynika, że jeszcze to nie sa Trzy Kopce, po których czeka mnie tylko podejscie na Hale Lipowska, a potem 12 km do mety. Mam dość. I to jest ten moment w ultra - tu walczysz tylko ze sobą. Myślę, ze jeśli dotrę na te Kopce, to tam zostanę, zapuszczę korzenie i żadna siła mnie nie ściągnie. Diablica się uaktywnia: "Dalej, Mielochówna, rusz tyłek. Zaraz dogoni Cie Krzysiek albo jakas dziewczyna, chcesz tego? Będziesz się tak wlekła, to zaraz Cię inni dojdą.To, że nikogo nie ma, nie znaczy, ze się nie zbliżają". Oszczędzam wodę bo już malo zostało, korzystam z czystej kałuży. Jest szczyt, na nim zaskakuje mnie PK i słowa "Witamy na Trzech Kopcach" - "alleluja" wyrywa mi się. Dostaję czarna opaske na rękę, ktora zaświadcza, że jestem na długiej trasie i mijam ostatni PK. Jak dobrze, to juz była ta ostatnia stroma góra, teraz tylko Lipowska, dostałam skrzydeł i żwawiej zaczęłam przebierac nogami - więc siły były, tylko umysł jeszcze za słaby. Po drodze dobiegam do biegacza z Katowic, ma kontuzję kolana, podpinam się pod jego pomysł, by na Hali w schronisku kupić zimną colę i wodę. On siada, ale ja się żegnam i lecę dalej, teraz tylko zbieg, znów zmyłka w profilu - wcale nie jest taki stromy, ale koszmarnie długi. Szeroki szlak zmienia sie w wąską ścieżynę w zarooślach, już widzę dachy miasteczka, ale jeszcze parę zakrętów. Wreszcie wydeptana w trawie trasa i stromy zbieg. Trzymam mięsnie brzucha, bo gdy tylko lekko puszczę, zaczyna kłuć. Mijam kogoś idacego. To juz tuż tuż. Wbiegam na piaszczystą drogę, ktos z domku obok klaszcze, Jakieś sągi drewna, mostek i meta. Org wiesza mi medal na szyi. Ubłocona od stóp do głów, wchodzę do rzeki z piwem w ręku..Woda gasi pożar. Diablica podtapia Anielicę. Jest dobrze.. Za rok pobiegnę szybciej.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Choćby skały...Supermaraton Gór Stołowych czyli 50 km.
Wiedziałam, że po 3 wodopoju przy Pasterce będzie ciężko. 28 kilometr. Tu wlaśnie Herzog przedłużył trasę. Niby nic. Niby tylko 4 km, ale w pionie. Bo ładne widoki, wodospad i w ogóle.., ledwo ten wodospad zauważyłam, kolega biegnący przede mną rzucił - "o, podziwiaj wodospad, organizator dlatego nam przedłuzył trasę" Tak, najpierw mam zbieg, zakręt i dawaj z powrotem pod górę po skałach, kamiennych schodkach i korzeniach. Zaiste mam co podziwiać. Potem już znajomo - długi podbieg drogą na Błędne Skały. W zeszłym roku psychika mi tam mocno siadła, pomijając uszkodzoną stopę, lazłam wtedy i myślałam, że nigdy się ta droga nie skończy. Teraz sobie postawiłam cel - przebiegnę cholerę, choćby skały.., tylko nie dać się pokonać monotonii długiej płaskiej drogi.
Pasterka. Gdzieś na końcu Polski schowana w trawach i omszałych głazach. Znów nocleg pod namiotem, choć miałam ofertę od nowo poznanych znajomych, z którymi przyjechałam, noclegu z nimi na Szczelińcu. Wahałam się czy nie lepszy komfort łózka, dachu i z mety blisko pod prysznic.., ale jednak trawy zwyciężyły, choć do Pasterki ze Szczelińca trzeba jeszcze zleźć. Pole namiotowe puste, ustawiam namiot daleko, na samej górze i ...deja vu, wracam i drugi namiot stoi pół metra ode mnie. No co jest z tymi ludźmi?? Odszpilkowuję i przesuwam swój, żeby mieć większą przestrzeń życiową. Potem i tak inne się gromadzą koło mnie. Następnym razem, to rozbiję się w tych trawach nieskoszonych za schroniskiem. O ile będzie ten następny. Trochę mnie odstrasza tłum, który tu przyjeżdża. Choć łatwo o transport jak pól Warszawy jedzie na MGS..ale jednak..za dużo. Albo ta ja już dziczeję. Start w sobotę o 10, prorokowany upał, wybieram się tylko z bidonem, po drodze 5 wodopojów, dam radę. Wieczorem mam ochotę udusić jakiegoś bębnoluba, który sobie teraz koncert wymyślił, z pola namiotowego go wyprosili, ale z drogi tez słychać jakby stał nad głową. Budzę się o 5 rano, dużo czekania, czytam magazyn Góry a tam artykuł o wewnętrznej motywacyjnej modlitwie wspinaczy, czyli - choćby skały.. to przejdę. A ja przebiegnę. Czas na rozgrzewkę, lekko, bo ciepło i owszem, a wczoraj zrobiłam krótkie rozbieganie przypominając sobie mały fragment trasy. I to mnie uspokoiło. Byle w biegu być, nie myśleć. To trudna trasa - początek szybki bo praktycznie z górki, asfalt i znów lekko z górki, nogi same niosą, warto też zacząć szybciej, bo potem, na czeskiej stronie, te pierwsze 20 km jest trudne technicznie: skakanie, przeciskanie się, zjeżdżanie, lawirowanie i robią się zatory. Nic mnie tak nie wkurza jak dreptanie w miejscu i czekanie w kolejce.Więc teraz lecę z górki i mijam. Spotykam Artura, twórcę B160 - biorąc miarę na jego doświadczenie, zaczynam się obawiać, czy za szybko nie lecę. Zaczyna się podchodzenie, zwalniam do jego tempa, nie podbiegam, jeszcze zdążę. I zaczynają się labirynty - to jest najfajniejsze jak nogi się dobrze trzymają a ty skaczesz, hulasz po tych skałach i korzeniach, uważając na zęby i turystów. Mijamy się z jedną dziewczyną, raz ona z przodu, raz ja.Wreszcie znika mi z oczu po drugim wodopoju. Kawałek asfaltu - po nim najtrudniej się biegnie. Znów skały. Zaraz Pasterka i po niej cięższy kawałek chleba. Coś mam pecha z tym MGS, rok temu więzadełko w stopie poszło, teraz..matka natura sobie przypomniała o comiesięcznej daninie, cholera-żesz-jasna, teraz?? Być kobietą, być kobietą, psiamać. Jest schronisko, wyskakuję do swojego namiotu tracąc kilka cennych minut i wracam na trasę. Droga przez trawy i w dół. Teraz czeka nas owe podziwianie widoczków. Przepona z lekkim na szczęście opóźnieniem, ale sie odzywa, każdy krok w dół nie jest przyjemnością, do tego dołącza się łupanie w krzyżu i kłucie w brzuchu. Doganiam Artura, mówi, że dobrze, że za nim nie biegłam, bo się ugotował, rzeczywiście mijam go. Bidon suchy, nabieram wody z liśćmi z potoku. Teraz ta wspinaczka pod górę, ktoś się pyta czy to ostatni taki podbieg - o nie..mówię, nie ostatni.. Za któryms punktem ktoś mi mówi, ze jestem 6. Super! Dawaj, utrzymaj to. Ustalila się nas grupka niewielka, komuś towarzyszą cykliści, jeden wykonuje takie dwa salta na skałach, że aż mu mówię, że rozumiem, że chce nas zabawić, ale na litość..nie chcę tracic czasu czekając na goprowców. Podbieg pod Błędne ciupię równo, nie ma zadnego chodzenia. Mijam ludzi,którzy siadają, stają zrezygnowani. Teraz grzbiet, i tu mi tchu braknie, a raczej siły. Dużo skał, trzeba znów uważac na nogi, a moje juz nie bardzo mnie słuchają, wyrypuję się raz za plecami pary turystów. Wzdrygają się nerwowo i słyszę, że jakby co, to maja plaster. Więc tu kiepsko z siłą, kolana i kostki najbardziej czuję. Brzuch nie pomaga. Przede mna widzę na kamieniach krople krwi a za zakrętem jakiegoś biegacza opatrują, porządnie rozcięta ręka. Na tym długim Lisim Grzbiecie turyści kibicują,to miłe.Jeszcze tylko zbieg krótki, 2 km asfaltu w Karlowie i już, upragnione 600 schodków na Szczeliniec. Asfalt tez biegiem, wolnym, bo wolnym, ale biegiem, rok temu lazłam. I wdrapuję się na schodki, mijam schodzącą Ewę - "dawaj" krzyczy, to dodaje siły, napisy kredą motywujące - "run","go". Ostatnie metry, omal nie wpadam w wąskim skalnym przejściu na dziewczynę robiącą sobie zdjęcie. I jest - meta! Uff. Medal, piwo - upijam dwa łyki, nie mogę więcej, wcinam arbuzy i pomarańcze. Krótki odpoczynek, byle się jednak nie zasiedzieć, bo muszę zleźć w dół szlakiem. Jeszcze potem się miotam - prysznic, po makaron do Szczelinki (tu akurat się kucharze Szczelinki nie popisali), nogi bolą ostro. O tym, że na pewno 6 msce, dowiaduję się od Artura już na dekoracji i nawet załapuję się na nagradzane "drugie" podium. W trakcie biegu myślałam - na cholerę mi to, czy nie lepiej biegać krótkie pod górę, nazajutrz można normalnie chodzić.. Albo szybkie dyszki - tez fajnie i szybko do siebie dochodzę, a tu.. Myślałam też - 6te, to dobre miejsce! Gdy emocje opadły.. długie biegi nie są już aż tak wstrętne..a to 6te miejsce..no dobre, ale..mogło być lepiej.. Ot. Co bieganie robi z człowieka.
Pasterka. Gdzieś na końcu Polski schowana w trawach i omszałych głazach. Znów nocleg pod namiotem, choć miałam ofertę od nowo poznanych znajomych, z którymi przyjechałam, noclegu z nimi na Szczelińcu. Wahałam się czy nie lepszy komfort łózka, dachu i z mety blisko pod prysznic.., ale jednak trawy zwyciężyły, choć do Pasterki ze Szczelińca trzeba jeszcze zleźć. Pole namiotowe puste, ustawiam namiot daleko, na samej górze i ...deja vu, wracam i drugi namiot stoi pół metra ode mnie. No co jest z tymi ludźmi?? Odszpilkowuję i przesuwam swój, żeby mieć większą przestrzeń życiową. Potem i tak inne się gromadzą koło mnie. Następnym razem, to rozbiję się w tych trawach nieskoszonych za schroniskiem. O ile będzie ten następny. Trochę mnie odstrasza tłum, który tu przyjeżdża. Choć łatwo o transport jak pól Warszawy jedzie na MGS..ale jednak..za dużo. Albo ta ja już dziczeję. Start w sobotę o 10, prorokowany upał, wybieram się tylko z bidonem, po drodze 5 wodopojów, dam radę. Wieczorem mam ochotę udusić jakiegoś bębnoluba, który sobie teraz koncert wymyślił, z pola namiotowego go wyprosili, ale z drogi tez słychać jakby stał nad głową. Budzę się o 5 rano, dużo czekania, czytam magazyn Góry a tam artykuł o wewnętrznej motywacyjnej modlitwie wspinaczy, czyli - choćby skały.. to przejdę. A ja przebiegnę. Czas na rozgrzewkę, lekko, bo ciepło i owszem, a wczoraj zrobiłam krótkie rozbieganie przypominając sobie mały fragment trasy. I to mnie uspokoiło. Byle w biegu być, nie myśleć. To trudna trasa - początek szybki bo praktycznie z górki, asfalt i znów lekko z górki, nogi same niosą, warto też zacząć szybciej, bo potem, na czeskiej stronie, te pierwsze 20 km jest trudne technicznie: skakanie, przeciskanie się, zjeżdżanie, lawirowanie i robią się zatory. Nic mnie tak nie wkurza jak dreptanie w miejscu i czekanie w kolejce.Więc teraz lecę z górki i mijam. Spotykam Artura, twórcę B160 - biorąc miarę na jego doświadczenie, zaczynam się obawiać, czy za szybko nie lecę. Zaczyna się podchodzenie, zwalniam do jego tempa, nie podbiegam, jeszcze zdążę. I zaczynają się labirynty - to jest najfajniejsze jak nogi się dobrze trzymają a ty skaczesz, hulasz po tych skałach i korzeniach, uważając na zęby i turystów. Mijamy się z jedną dziewczyną, raz ona z przodu, raz ja.Wreszcie znika mi z oczu po drugim wodopoju. Kawałek asfaltu - po nim najtrudniej się biegnie. Znów skały. Zaraz Pasterka i po niej cięższy kawałek chleba. Coś mam pecha z tym MGS, rok temu więzadełko w stopie poszło, teraz..matka natura sobie przypomniała o comiesięcznej daninie, cholera-żesz-jasna, teraz?? Być kobietą, być kobietą, psiamać. Jest schronisko, wyskakuję do swojego namiotu tracąc kilka cennych minut i wracam na trasę. Droga przez trawy i w dół. Teraz czeka nas owe podziwianie widoczków. Przepona z lekkim na szczęście opóźnieniem, ale sie odzywa, każdy krok w dół nie jest przyjemnością, do tego dołącza się łupanie w krzyżu i kłucie w brzuchu. Doganiam Artura, mówi, że dobrze, że za nim nie biegłam, bo się ugotował, rzeczywiście mijam go. Bidon suchy, nabieram wody z liśćmi z potoku. Teraz ta wspinaczka pod górę, ktoś się pyta czy to ostatni taki podbieg - o nie..mówię, nie ostatni.. Za któryms punktem ktoś mi mówi, ze jestem 6. Super! Dawaj, utrzymaj to. Ustalila się nas grupka niewielka, komuś towarzyszą cykliści, jeden wykonuje takie dwa salta na skałach, że aż mu mówię, że rozumiem, że chce nas zabawić, ale na litość..nie chcę tracic czasu czekając na goprowców. Podbieg pod Błędne ciupię równo, nie ma zadnego chodzenia. Mijam ludzi,którzy siadają, stają zrezygnowani. Teraz grzbiet, i tu mi tchu braknie, a raczej siły. Dużo skał, trzeba znów uważac na nogi, a moje juz nie bardzo mnie słuchają, wyrypuję się raz za plecami pary turystów. Wzdrygają się nerwowo i słyszę, że jakby co, to maja plaster. Więc tu kiepsko z siłą, kolana i kostki najbardziej czuję. Brzuch nie pomaga. Przede mna widzę na kamieniach krople krwi a za zakrętem jakiegoś biegacza opatrują, porządnie rozcięta ręka. Na tym długim Lisim Grzbiecie turyści kibicują,to miłe.Jeszcze tylko zbieg krótki, 2 km asfaltu w Karlowie i już, upragnione 600 schodków na Szczeliniec. Asfalt tez biegiem, wolnym, bo wolnym, ale biegiem, rok temu lazłam. I wdrapuję się na schodki, mijam schodzącą Ewę - "dawaj" krzyczy, to dodaje siły, napisy kredą motywujące - "run","go". Ostatnie metry, omal nie wpadam w wąskim skalnym przejściu na dziewczynę robiącą sobie zdjęcie. I jest - meta! Uff. Medal, piwo - upijam dwa łyki, nie mogę więcej, wcinam arbuzy i pomarańcze. Krótki odpoczynek, byle się jednak nie zasiedzieć, bo muszę zleźć w dół szlakiem. Jeszcze potem się miotam - prysznic, po makaron do Szczelinki (tu akurat się kucharze Szczelinki nie popisali), nogi bolą ostro. O tym, że na pewno 6 msce, dowiaduję się od Artura już na dekoracji i nawet załapuję się na nagradzane "drugie" podium. W trakcie biegu myślałam - na cholerę mi to, czy nie lepiej biegać krótkie pod górę, nazajutrz można normalnie chodzić.. Albo szybkie dyszki - tez fajnie i szybko do siebie dochodzę, a tu.. Myślałam też - 6te, to dobre miejsce! Gdy emocje opadły.. długie biegi nie są już aż tak wstrętne..a to 6te miejsce..no dobre, ale..mogło być lepiej.. Ot. Co bieganie robi z człowieka.
piątek, 27 czerwca 2014
Tarcie pazurów o asfalt - Bieg Avon w Garwolinie.
Podobno tylko krowa na polu nie zmienia zdania. A, że Gepard to kot, nie krowa, po przeszło 2 latach - "ja nie biegam po asfalcie", rzeczonego Geparda widziano na jak-najbardziej-asfaltowym biegu na 10 km w Garwolinie. Trasa z atestem Polskiego Związku Lekkiej - w treningu ma być szybka dyszka, to dowiedzmy się ile właściwie biegam na te 10 km. Ostatnie porównanie mam sprzed 2 lat na Biegu Powstania Warszawskiego, gdzie osiągnęłam zawrotna prędkość 43:20 a to bardziej dlatego, że jak to na Powstaniu, strzelano do mnie. Wylądowałam wtedy nawet na drugim podium, czyli na 6 mscu, z nagrodą w postaci torby książek, które opyliłam, po długim chodzeniu od antykwariatu do antykwariatu, za 25 złp.A miało być na starty.. No nic, nie wracamy do wspomnień, jesteśmy tu i teraz, na biegu Avon w Garwolinie. Z pogodą ducha i lekkim sercem, bo nie ścigam się przecież, ale z owym duchem na ramieniu - żebym tylko sobie tym asfaltem nic nie zrobiła. We trójkę - Marzena, Krzysiek i ja dumnie reprezentujemy pomarańczowe koszulki ŚBPM. Pochmurno i wietrznie. Trasa jest tam pofałdowana, widać te fałdy po drodze doskonale. A droga poprowadzona główną jezdnią. Sporo kibiców, widać, że to lokalne wydarzenie. Po rozgrzewce się ustawiamy, widzę,że jakaś pani stara się z tłumu wyprowadzić zesztywniałego ze strachu psa, pomagam jej, biorę go w koncu na ręcę i wynoszę dalej, ale i tak skubany wraca w tą stronę. Wystrzał, ruszamy, mijamy bramę, która będzie metą, skręcamy w jakieś uliczki, zawijas i na główną drogę. Jak zwykle nie wiem jak mam biec, ale znajduję rytm. Jest całkiem niezły, dogrzewam się. I wyznaczam sobie cele w postaci damskich sylwetek. Oczywiście mijam Iwonkę, która dopinguje. Dobrze, że wróciłam z tych gór (Marduły), to te fałdy sa tylko po mojej mysli, jeszcze agrafka w prawo, gdzie strażacy robią kurtynę wodną, choć troche na nią za zimno. Mam przed sobą jeszcze jeden koński ogon w zielonej koszulce do wzięcia, ale niełatwo, bo biegniemy w miarę równo. Po drugiej stronie jezdni już pędzi elita, grupa zawodniczek zbitych w małe stado. Zbliżam się powoli do zielonej koszulki, zaraz nawrotka, muszę ja wyprzedzić przed zakrętem. Ustawione słupki drogowe oddzielają oba pasy drogi, wokół nich zawracamy, ostry zakręt, koszulka bierze go z lekkim zapasem a ja się akurat mieszczę pod jej pachą.Chyba jest lekko zaskoczona. I teraz trzeba uciec, 5 km i prosta pofałdowana do mety. Trzymam tempo.Gdzieś w oddali widzę pomarańczową koszulkę - ale numer, zbliżam się do Krzyśka. Pracuję rękoma. W poblizu biegnie chłopak z 12tri, raz jest ze mną, raz za. Podłącza się widzę, mówi, ze jeszcze z tak szybka dziewczyną nie biegł. Nie jestem mu w stanie podziękować, bo płuca walczą o tlen. Rzuca, żebyśmy dogonili tych przed nami, bezsłownie się zgadzam, staram się dotrzymać mu kroku, ale trudno.Też nie bardzo lubię biec za kimś, a on mi radzi schować się za nim przed wiatrem. Mijamy Krzyśka na kilkaset metrów przed metę, małpiszon się śmieje i potem mnie dogania i przegania (oczywiście, typowo męska ambicja;p), kolega 12tri mi się urywa, robię bokami i nie jestem w stanie ni krzty przyspieszyć. Wreszcie ta meta. Dochodzę do siebie toczą błędnym wzrokiem i pianę z pyska, Krzysiek, który już na mnie czekał, mówił potem, że się zastanawiał, czy zaraz gleby nie zaliczę, tak wyglądałam. Wieje, ale czekamy na Marzenę.Potem prysznic ( w pakiecie startowym był żel od Avonu), posiłek postartowy - dobra grochówka, niedobra wersja wegetarianska czyli kasza z pieczarkami, ale jedno zalane drugim i smakuje. Podobno przepyszne gofry tu są, idziemy na losowanie nagród i dekorację. Obsada z Ukrainy spora, z kobiet wygrała Mołdawianka. Nagle slyszę swoje nazwisko - ha! załapałam się na kat. wiekową jako 2, bo nie ma dublowania nagród. Ale sporo osób nie czekało, bo w smsach dostali że sa 5, albo 6. Z Polek byłam 4 w generalce a w ogóle 10. I ten czas... Ale. Pamiętajmy - "cyfra to podstępna alfonsica". I tego się trzymajmy.
środa, 25 czerwca 2014
Zjazd na zadku z Kasprowego czyli Wysokogórski Bieg im. druha Marduły
Obawiałam się tego biegu. Ostatni raz na takich wysokościach byłam w dzieciństwie i jeszcze wjechalam tam kolejką. Start honorowy spod kina Sokół, ostry na Krupówkach (550npm). I od początku podbieg po twardym, asfaltem przez Rondo Kuźnickie, w górę do Kuźnic, przed stacją odbijała w lewo na Nosal (1206), Przełęcz Nosalową, zbieg do Kuźnic (1010) i potem wspinanie do schroniska Murowaniec przez Karczmisko (1550), nad Czarny Staw (1630), Karb (1853), zmieniono trasę z racji dużej i niebezpiecznej ilości śniegu na Świnickiej Przełęczy i puszczono nas przez Liliowe, na Kasprowy Wierch (1987) i stamtąd już "rura" w dół do Kużnic, potem zakręt i ponad 1km podbiegu na Kalatówki, gdzie była meta.
Już idąc z dworca do klasztoru Bernardynów, gdzie nocowałam, trasą biegu, ogarnęło mnie zwątpienie. To strasznie długi podbieg, w dodatku po asfalcie, a potem będzie jeszcze stromiej.. Pogoda była deszczowa, prognozy, które widzialam przed wyjazdem zwiastowały deszcz i burze. Na zdjęciach widziałam, że ludzie w rękawiczkach, długich bluzach biegli, to plus moja skromna wiedza o górach, że tam zawsze zimniej niz na dole, skłoniło mnie do włożenia długich gaci, dwóch koszulek, dobrze, ze jeszcze rękawiczek nie wzięłam..
Tak jak Krynica Górska w czasie Festiwalu Biegowego wygląda jak miasteczko biegaczy przez caly weekend, tak, tu w Zakopanem, mimo, że to 3 dni organizowanych biegów, na które trudno się zapisać, nic nie wskazywało na jakiekolwiek zawody. Krupówki jarmarczne jak zawsze, biuro zawodów gdzieś na tyłach w szkole zawodowej, czynne tylko od godz.17. Wszystko wyglądało jak tajne spotkanie, o którym wiedzą nieliczni. Miałam mnóstwo czasu, więc zajęłam się odnalezieniem domu, który kiedyś należał do mojej babci, zjadłam, kupiłam, wróciłam do biura. Szybko, można było wziąć plakat z zawodów (to dlatego ich nie było prawie na mieście), pakiet z żarówiastą koszulką, opodal stoisko batoników i żeli Mulebar - wszystko bio. Wiedzą co robią, rozstawiając się w takich miejscach - człek w emocjach, jak dziecko na wakacjach - chcę to! Kupiłam żel cytrynowy za 10 zeta.
Start byl o 7 rano z Krupówek - pewnie dlatego, żeby turystom nie przeszkadzać i nie zmuszać ich do kibicowania. Meta przy schronisku na Kalatówkach.
Już idąc z dworca do klasztoru Bernardynów, gdzie nocowałam, trasą biegu, ogarnęło mnie zwątpienie. To strasznie długi podbieg, w dodatku po asfalcie, a potem będzie jeszcze stromiej.. Pogoda była deszczowa, prognozy, które widzialam przed wyjazdem zwiastowały deszcz i burze. Na zdjęciach widziałam, że ludzie w rękawiczkach, długich bluzach biegli, to plus moja skromna wiedza o górach, że tam zawsze zimniej niz na dole, skłoniło mnie do włożenia długich gaci, dwóch koszulek, dobrze, ze jeszcze rękawiczek nie wzięłam..
Tak jak Krynica Górska w czasie Festiwalu Biegowego wygląda jak miasteczko biegaczy przez caly weekend, tak, tu w Zakopanem, mimo, że to 3 dni organizowanych biegów, na które trudno się zapisać, nic nie wskazywało na jakiekolwiek zawody. Krupówki jarmarczne jak zawsze, biuro zawodów gdzieś na tyłach w szkole zawodowej, czynne tylko od godz.17. Wszystko wyglądało jak tajne spotkanie, o którym wiedzą nieliczni. Miałam mnóstwo czasu, więc zajęłam się odnalezieniem domu, który kiedyś należał do mojej babci, zjadłam, kupiłam, wróciłam do biura. Szybko, można było wziąć plakat z zawodów (to dlatego ich nie było prawie na mieście), pakiet z żarówiastą koszulką, opodal stoisko batoników i żeli Mulebar - wszystko bio. Wiedzą co robią, rozstawiając się w takich miejscach - człek w emocjach, jak dziecko na wakacjach - chcę to! Kupiłam żel cytrynowy za 10 zeta.
Start byl o 7 rano z Krupówek - pewnie dlatego, żeby turystom nie przeszkadzać i nie zmuszać ich do kibicowania. Meta przy schronisku na Kalatówkach.
Biegnę świtem rozgrzewkowo ulicami Zakopanego, jak przy tajnym spotkaniu, z ulic wynurzają sie pojedynczo lub grupkami biegacze i zdążamy w tym samym kierunku. Rozpoznajemy się, wzajemnie wtajemniczeni, bez trudu. Zebranie przed Kinem Sokół, nieopodal skwerek, tam rozgrzewka, widzę Annę i Roberta Celińskich, Świerc i Herzog robią przebieżki. Wreszcie przemówienie druha Marduły, syna tego druha Marduły pod którego imieniem biegniemy, ostrzeżenia Goprowca, poswięcenie przez księdza i ruszamy na start ostry. Ustawiłam się z boku, bo plan był "przeżyć", jednak strona przeciwległa poszła szybciej, że w końcu ostałam się bliżej końca. Dmuchana brama na Krupówkach, start. Drepczemy, w końcu peleton się rozciąga, przede mną biegacz w słuchawkach jak DJ, boję się takich, którzy nie słyszą, co się dzieje, staram sie wyminąć. Znów jakaś grupka dziewcząt gaworzących, też chcę sie pozbyć, ale jak na zlość, to samo tempo. Mija mnie starszy pan w koszulce Beskid TV i wełnianej czapeczce. Instynkt mi mówi - dziadkowie są w górach niebezpieczni, trzymamy się go ile się da. Mijamy dziewczęta, mijamy..Już pod Kuźnicami, skręt w lewo na szlak, korek na pierwszym podbiegu dość stromym, łokcie, przepychanie, ktoś żartuje, że czołówka to się ściga a my tu za wycieczkę turystyczną robimy i że tak, zawsze mówią, żeby wolno zaczynać i potem tak się kończy. Twardo trzymam się Dziadka, mocno pracuje ramionami, podbiega, gdzie inni podchodzą, wyprzedzamy. Wyobrażam sobie, że biegnę za swoim trenerem, więc muszę się go trzymać blisko. Wreszcie zbieg, no i mijam go. Lecę dalej, myślę,że i tak pewnie mnie dogoni. Dalej już sama, zadziwiająca siła w nogach, tego asfaltowego podbiegu pod Kuźnice w ogóle nie poczułam. Teraz, gdy piszę ze sporym opóźnieniem relację, już tak trasy nie pamiętam, były podbiegi, wyprzedzam. Jakieś widoki, ale głównie patrzyłam się na ziemię przed sobą albo czyjeś owłosione łydki. Widoki to dopiero podziwiałam ze zdjęć z biegu. Maksymalnie skoncentrowana na drodze. Zresztą było na czym, śliskie kamienie, drobne i duże, strumyki, śnieg.. Gorąco, słonce praży a ja, sierota, w długich czarnych gaciach i podwójnej koszulce. Trzeba było jeszcze wziąć rękawiczki.. Piję jak smok, niestarcza mi wody na punktach to zanurzam bidon w strumyku, najpyszniejsza taka woda. Zabił mnie Karb. Tak musiała wyglądać góra Mordoru, na którą wdrapywali się Sami i Frodo, łysa, składająca się z samych kamieni. Tam dopiero zabrakło siły mięśni, ledwo te nogi wciągałam na gorę, zwolniłam wtedy bardzo i dwie dziewczyny z poprzednio wyprzedzonych mnie minęły a kolejna niebezpiecznie się zbliżyła.. Na górze łyknęłam żel cytrynowy - słodki jak ulepek i trudno mi powiedzieć, czy pomógł, na pewno nie zaszkodził. Ale ja nie do końca wierzę w te suplementy, nie wiadomo, ile potrafi ciało a ile kofeina w żelach.. Później ja znowu wyprzedziłam jedną z nich, ale drugiej już nie doszłam. Byłam zdziwiona, że jak już wlazłam na ten Karb, to jeszcze mam siłę zebrać się do biegu. Potem Kasprowy i zbieg po śniegu - w środku czerwca biegnę po śniegu! - cieszyłam się jak dzieciak. W jednym miejscu była taka rynna na jedną stopę - tu się zjeżdżało noga za nogą, ale potem już na siedzeniu. Na grani Kasprowego przebiegaliśmy przez połać śniegu, ale na stoku, tez była tylko wąska ścieżka i trzeba było mocno uważać, by sie nie poślizgnąć i nie polecieć w dół. Utknęła tam niemiecka turystka z plecakiem i kijkami. Stała w miejscu, kolega przede mną krzyknął przepraszam, weszła trochę w śnieg i krzyczy histerycznie do jakiegoś mężczyzny, który już był po drugiej stronie - a on zdenerwowany odkrzykuje po niemiecku, ze mu przykro ale nie wiedział. Pewnie chodziło o nas.. Po Kasprowym to ju było tylko w dół. Bałam się trochę, czy przepona przy takim długim zbiegu, znowu mi nie wywinie numeru, bolała, owszem, ale dała takich wrednych odczuć jak wcześniej. Goprowcy w wyższych partiach rozstawieni co 500m. I było po co, bo ślisko i niebezpiecznie na tych kamieniach. Dwa razy wywinęłam orla, ale tylko na dziurze w kolanie i zadraśnięciu nadgarstka się skończyło. W zeszłym roku, ktoś tu zostawił zęby. Zbieg się ciągnął w nieskończoność, zwłaszcza w tych niższych partiach, gdzie tylko las i zakręty. Wreszcie droga i ostry zakręt w lewo i teraz pod górę na Kalatówki. Droga nierówna, wybrukowana kamieniami, sporo turystów. Otuchy dodają tabliczki z ilością metrów do mety. No i jest, koniec męczarni. Medal, woda, wygrzebuje talon na zupkę. Spotykam znajomych, nie chce się ruszyć, słonce opala. Do Bernardynów mam niedaleko, więc tu nic nie zostawiłam do depozytu. Wreszcie się zwlekam, po drodze włażę do lodowatego strumienia, żeby łydki pomoczyć. Po południu rozdanie nagród i coś tam mają losować. No, sama śmietanka biegów górskich - były to Mistrzostwa Polski w Skyrunningu. Na tyle obsadzone, że Ewa Majer i Magda Łączak znalazły się dopiero "na drugim podium". Wygrała Dominika Wiśniewska Ulfik i Marcin Świerc. Ja się cieszę, byłam 11ta w tak doborowym towarzystwie, i gdybym sie tak nie czaiła na końcu, to 10te by było. Obiecałam sobie, ze ostatni raz dekowałam się na tyłach, trudno, niech mnie mijają, wezmę to na klatę. Cieszyłam się też, że tak dobrze się czułam na tych wysokościach i że nic sobie nie zrobiłam. I chcę znów za rok:))
poniedziałek, 23 czerwca 2014
W samo południe, czyli II Podkowiańska Dycha.
Nad miasteczkiem wstawał kolejny upalny dzień. Ptaki ćwierkały o świcie, by poźniej zaszyć się w cieniu liści. Zapowiadała się leniwa sobota pod znakiem koszulek bez rękawów i krótkich spodenek. Przedsmak wakacji. I nic na niebie i ziemi (poza banerem w centrum miasta) nie zapowiadało brzemiennych w skutki wydarzeń, które miały się rozegrać za kilka godzin w mieście.
Kaczki, pławiące się w parkowym stawie,nagle zaniepokojone poderwały się do lotu. Psy na okolicznych posesjach zaczęły szczekać. Nadjeżdżały samochody. W pustym do tej pory, spokojnym parku zaroiło się od ludzi specyficznie poubieranych. Na staw wypłynęły deski surfingowe, nieopodal w cienistym miejscu pojawili się jeźdzcy na koniach. Na pobliskich uliczkach zrobiło się tłoczno od przemieszczających się tam i nazad grupek. Żar lał się z nieba. Poddenerwowanie wisiało w powietrzu. Wreszcie nadszedł czas. Dmuchana arkada nad głowami powinna mieć napis jak dla rzymskich wojsk - Morituri te salute. Buteleczka wody w ręce ma mi służyć przez 10 km z kawałkiem, bo przedłużono nieco trasę. Zbliża się godzina prawdy. Coraz ciaśniej. Głęboki oddech. Strzał. Poszli. Staram się zorientować, gdzie konkurencja. Pierwsze kilometry - są, mijają mnie, biegniemy ulicami - znam każdą dziurę w asfalcie, każdy zakręt, chodziłam tędy do szkoły, jeździło się rowerami i na wrotkach. Wyprzedziło mnie 5 dziewczyn. Taktyka w głowie - no, albo są tak mocne, albo upał zweryfikuje. Trzymam swoje tempo. 2 kilometr - mijam zawodniczkę ze stajni pewnego trenera, potem następną i następną. Ostatni odcinek prostego asfaltu przed wbiegiem do lasu - cezura do wyprzedzenia ostatniej dziewczyny przede mną, którą widzę. Pomaga wodopój, wiem, że muszą zwolnić aby chwycić kubek i się napić wody. Ja mam swoją w ręku. 4 kilometr, wszystkie 5 minęłam. Nie widzę nikogo z przodu, nie wiem czy jest, gdzieś daleko, czy nie ma. Wreszcie Las, mój codzienny Las, teraz każde drzewo mi dodaje siły. Ścieżka piaszczysta, wąska. Jacyś ludzie stoją i klaszczą, chyba krzyczą, że pierwsza dziewczyna.Wylatujemy z drugiej jego strony w uliczkę. Wodopój, łapię kubek i wylewam sobie na głowę. Po prawej stronie zza płotu wizg piły spalinowej, ktoś tnie drzewo. I nagle słyszę - "Tamara biegniee! Daawaj Tamara!!"- dotarło do mnie, że to musieli być ludzie, którzy ze dwa miesiące wcześniej ścinali u mnie drzewo, niebezpiecznie rozłupane przez wichurę i jak się okazało, chodziliśmy razem do podstawówki. Coś odkrzyknęłam, a skrzydła mnie teraz poniosły, znałam trasę, wiedziałam, że muszę utrzymać tempo, ciągnęłam z bioder ile mogłam. Lekko pod górę, przecinam asfalt, w lewo i znów asfalt, gdzie ten zakręt wreszcie?? Kibice po drodze, ktoś mnie dopinguje po imieniu. Topolowa, teraz niby nic, ale lekko się wznosi, wiem o tym. Z boku jakaś pani wyszła ze szlaufem z ogrodu i robi kurtynę wodną - później na forum dużo podziękowań dla niej. Zakręt i aleja lipowa do pawilonu i teraz juz trzeba gnać, meta tuż tuż, znów jakaś pani krzyczy do mnie, udaje mi się uśmiechnąć. Kawałek dalej klaszczą sprzedawczynie ze sklepu Społem, ostatni zakręt i prosta brukowana do parku. Wpadam na metę. Łapię oddech. Wygrałam w samo południe. Podkowa, w której mieszkam od urodzenia, znów jest moja!
Kaczki, pławiące się w parkowym stawie,nagle zaniepokojone poderwały się do lotu. Psy na okolicznych posesjach zaczęły szczekać. Nadjeżdżały samochody. W pustym do tej pory, spokojnym parku zaroiło się od ludzi specyficznie poubieranych. Na staw wypłynęły deski surfingowe, nieopodal w cienistym miejscu pojawili się jeźdzcy na koniach. Na pobliskich uliczkach zrobiło się tłoczno od przemieszczających się tam i nazad grupek. Żar lał się z nieba. Poddenerwowanie wisiało w powietrzu. Wreszcie nadszedł czas. Dmuchana arkada nad głowami powinna mieć napis jak dla rzymskich wojsk - Morituri te salute. Buteleczka wody w ręce ma mi służyć przez 10 km z kawałkiem, bo przedłużono nieco trasę. Zbliża się godzina prawdy. Coraz ciaśniej. Głęboki oddech. Strzał. Poszli. Staram się zorientować, gdzie konkurencja. Pierwsze kilometry - są, mijają mnie, biegniemy ulicami - znam każdą dziurę w asfalcie, każdy zakręt, chodziłam tędy do szkoły, jeździło się rowerami i na wrotkach. Wyprzedziło mnie 5 dziewczyn. Taktyka w głowie - no, albo są tak mocne, albo upał zweryfikuje. Trzymam swoje tempo. 2 kilometr - mijam zawodniczkę ze stajni pewnego trenera, potem następną i następną. Ostatni odcinek prostego asfaltu przed wbiegiem do lasu - cezura do wyprzedzenia ostatniej dziewczyny przede mną, którą widzę. Pomaga wodopój, wiem, że muszą zwolnić aby chwycić kubek i się napić wody. Ja mam swoją w ręku. 4 kilometr, wszystkie 5 minęłam. Nie widzę nikogo z przodu, nie wiem czy jest, gdzieś daleko, czy nie ma. Wreszcie Las, mój codzienny Las, teraz każde drzewo mi dodaje siły. Ścieżka piaszczysta, wąska. Jacyś ludzie stoją i klaszczą, chyba krzyczą, że pierwsza dziewczyna.Wylatujemy z drugiej jego strony w uliczkę. Wodopój, łapię kubek i wylewam sobie na głowę. Po prawej stronie zza płotu wizg piły spalinowej, ktoś tnie drzewo. I nagle słyszę - "Tamara biegniee! Daawaj Tamara!!"- dotarło do mnie, że to musieli być ludzie, którzy ze dwa miesiące wcześniej ścinali u mnie drzewo, niebezpiecznie rozłupane przez wichurę i jak się okazało, chodziliśmy razem do podstawówki. Coś odkrzyknęłam, a skrzydła mnie teraz poniosły, znałam trasę, wiedziałam, że muszę utrzymać tempo, ciągnęłam z bioder ile mogłam. Lekko pod górę, przecinam asfalt, w lewo i znów asfalt, gdzie ten zakręt wreszcie?? Kibice po drodze, ktoś mnie dopinguje po imieniu. Topolowa, teraz niby nic, ale lekko się wznosi, wiem o tym. Z boku jakaś pani wyszła ze szlaufem z ogrodu i robi kurtynę wodną - później na forum dużo podziękowań dla niej. Zakręt i aleja lipowa do pawilonu i teraz juz trzeba gnać, meta tuż tuż, znów jakaś pani krzyczy do mnie, udaje mi się uśmiechnąć. Kawałek dalej klaszczą sprzedawczynie ze sklepu Społem, ostatni zakręt i prosta brukowana do parku. Wpadam na metę. Łapię oddech. Wygrałam w samo południe. Podkowa, w której mieszkam od urodzenia, znów jest moja!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




