poniedziałek, 7 lipca 2014

Choćby skały...Supermaraton Gór Stołowych czyli 50 km.

 Wiedziałam, że po 3 wodopoju przy Pasterce będzie ciężko. 28 kilometr. Tu wlaśnie Herzog przedłużył trasę. Niby nic. Niby tylko 4 km, ale w pionie. Bo ładne widoki, wodospad i w ogóle.., ledwo ten wodospad zauważyłam, kolega biegnący przede mną rzucił - "o, podziwiaj wodospad, organizator dlatego nam przedłuzył trasę" Tak, najpierw mam zbieg, zakręt i dawaj z powrotem pod górę po skałach, kamiennych schodkach i korzeniach. Zaiste mam co podziwiać. Potem już znajomo - długi podbieg drogą na Błędne Skały. W zeszłym roku psychika mi tam mocno siadła, pomijając uszkodzoną stopę, lazłam wtedy i myślałam, że nigdy się ta droga nie skończy. Teraz sobie postawiłam cel - przebiegnę cholerę, choćby skały.., tylko nie dać się pokonać monotonii długiej płaskiej drogi.
Pasterka. Gdzieś na końcu Polski schowana w trawach i omszałych głazach. Znów nocleg pod namiotem, choć miałam ofertę od nowo poznanych znajomych, z którymi przyjechałam, noclegu z nimi na Szczelińcu. Wahałam się czy nie lepszy komfort łózka, dachu i z mety blisko pod prysznic..,  ale jednak trawy zwyciężyły, choć do Pasterki ze Szczelińca trzeba jeszcze zleźć. Pole namiotowe puste, ustawiam namiot daleko, na samej górze i ...deja vu, wracam i drugi namiot stoi pół metra ode mnie. No co jest z tymi ludźmi?? Odszpilkowuję i przesuwam swój, żeby mieć większą przestrzeń życiową. Potem i tak inne się gromadzą koło mnie. Następnym razem, to rozbiję się w tych trawach nieskoszonych za schroniskiem. O ile będzie ten następny. Trochę mnie odstrasza tłum, który tu przyjeżdża. Choć łatwo o transport jak pól Warszawy jedzie na MGS..ale jednak..za dużo. Albo ta ja już dziczeję. Start w sobotę o 10, prorokowany upał, wybieram się tylko z bidonem, po drodze 5 wodopojów, dam radę. Wieczorem mam ochotę udusić jakiegoś bębnoluba, który sobie teraz koncert wymyślił, z pola namiotowego go wyprosili, ale z drogi tez słychać jakby stał nad głową. Budzę się o 5 rano, dużo czekania, czytam magazyn Góry a tam artykuł o wewnętrznej motywacyjnej modlitwie wspinaczy, czyli - choćby skały.. to przejdę. A ja przebiegnę. Czas na rozgrzewkę, lekko, bo ciepło i owszem, a wczoraj zrobiłam krótkie rozbieganie przypominając sobie mały fragment trasy. I to mnie uspokoiło. Byle  w biegu być, nie myśleć. To trudna trasa - początek szybki bo praktycznie z górki, asfalt i znów lekko z górki, nogi same niosą, warto też zacząć szybciej, bo potem, na czeskiej stronie, te  pierwsze 20 km jest trudne technicznie: skakanie, przeciskanie się, zjeżdżanie, lawirowanie i robią się zatory. Nic mnie tak nie wkurza jak dreptanie w miejscu i czekanie w kolejce.Więc teraz lecę z górki i mijam. Spotykam Artura, twórcę B160 - biorąc miarę na jego doświadczenie, zaczynam się obawiać, czy za szybko nie lecę. Zaczyna się podchodzenie, zwalniam do jego tempa, nie podbiegam, jeszcze zdążę. I zaczynają się labirynty - to jest najfajniejsze jak nogi się dobrze trzymają a ty skaczesz, hulasz po tych skałach i korzeniach, uważając na zęby i turystów. Mijamy się z jedną dziewczyną, raz ona z przodu, raz ja.Wreszcie znika mi z oczu po drugim wodopoju. Kawałek asfaltu - po nim najtrudniej się biegnie. Znów skały. Zaraz Pasterka i po niej cięższy kawałek chleba. Coś mam pecha z tym MGS, rok temu więzadełko w stopie poszło, teraz..matka natura sobie przypomniała o comiesięcznej daninie, cholera-żesz-jasna, teraz?? Być kobietą, być kobietą, psiamać. Jest schronisko, wyskakuję do swojego namiotu tracąc kilka cennych minut i wracam na trasę. Droga przez trawy i w dół. Teraz czeka nas owe podziwianie widoczków. Przepona z lekkim na szczęście opóźnieniem, ale sie odzywa, każdy krok w dół nie jest przyjemnością, do tego dołącza się łupanie w krzyżu i kłucie w brzuchu. Doganiam Artura, mówi, że dobrze, że za nim nie biegłam, bo się ugotował, rzeczywiście mijam go. Bidon suchy, nabieram wody z liśćmi z potoku. Teraz ta wspinaczka pod górę, ktoś się pyta czy to ostatni taki podbieg - o nie..mówię, nie ostatni.. Za któryms punktem ktoś mi mówi, ze jestem 6. Super! Dawaj, utrzymaj to. Ustalila się nas grupka niewielka, komuś towarzyszą cykliści, jeden wykonuje takie dwa salta na skałach, że aż mu mówię, że rozumiem, że chce nas zabawić, ale na litość..nie chcę tracic czasu czekając na goprowców. Podbieg pod Błędne ciupię równo, nie ma zadnego chodzenia. Mijam ludzi,którzy siadają, stają zrezygnowani. Teraz grzbiet, i tu mi tchu braknie, a raczej siły. Dużo skał, trzeba znów uważac na nogi, a moje juz nie bardzo mnie słuchają, wyrypuję się raz za plecami pary turystów. Wzdrygają się nerwowo i słyszę, że jakby co, to maja plaster.  Więc tu kiepsko z siłą, kolana i kostki najbardziej czuję. Brzuch nie pomaga. Przede mna widzę na kamieniach krople krwi a za zakrętem jakiegoś biegacza opatrują, porządnie rozcięta ręka. Na tym długim Lisim Grzbiecie turyści kibicują,to miłe.Jeszcze tylko zbieg krótki, 2 km asfaltu w Karlowie i już, upragnione 600 schodków na Szczeliniec. Asfalt tez biegiem, wolnym, bo wolnym, ale biegiem, rok temu lazłam. I wdrapuję się na schodki, mijam schodzącą Ewę - "dawaj" krzyczy, to dodaje siły, napisy kredą motywujące - "run","go". Ostatnie metry, omal nie wpadam w wąskim skalnym przejściu na dziewczynę robiącą sobie zdjęcie. I jest - meta! Uff. Medal, piwo - upijam dwa łyki, nie mogę więcej, wcinam arbuzy i pomarańcze. Krótki odpoczynek, byle się jednak nie zasiedzieć, bo muszę zleźć w dół szlakiem. Jeszcze potem się miotam - prysznic, po makaron do Szczelinki (tu akurat się kucharze Szczelinki nie popisali), nogi bolą ostro. O tym, że na pewno 6 msce, dowiaduję się od Artura już na dekoracji i nawet załapuję się na nagradzane "drugie" podium. W trakcie biegu myślałam - na cholerę mi to, czy nie lepiej biegać krótkie pod górę, nazajutrz można normalnie chodzić.. Albo szybkie dyszki - tez fajnie i szybko do siebie dochodzę, a tu.. Myślałam też - 6te, to dobre miejsce! Gdy emocje opadły.. długie biegi nie są już aż tak wstrętne..a to 6te miejsce..no dobre, ale..mogło być lepiej..  Ot. Co bieganie robi z człowieka.

piątek, 27 czerwca 2014

Tarcie pazurów o asfalt - Bieg Avon w Garwolinie.

Podobno tylko krowa na polu nie zmienia zdania. A, że Gepard to kot, nie krowa,  po przeszło 2 latach - "ja nie biegam po asfalcie", rzeczonego Geparda widziano na jak-najbardziej-asfaltowym biegu na 10 km w Garwolinie. Trasa z atestem Polskiego Związku Lekkiej - w treningu ma być szybka dyszka, to dowiedzmy się ile właściwie biegam na te 10 km. Ostatnie porównanie mam sprzed 2 lat na Biegu Powstania Warszawskiego, gdzie osiągnęłam zawrotna prędkość 43:20 a to bardziej dlatego, że jak to na Powstaniu, strzelano do mnie. Wylądowałam wtedy nawet na drugim podium, czyli na 6 mscu, z nagrodą w postaci torby książek, które opyliłam, po długim chodzeniu od antykwariatu do antykwariatu, za 25 złp.A miało być na starty.. No nic, nie wracamy do wspomnień, jesteśmy tu i teraz, na biegu Avon w Garwolinie. Z pogodą ducha i lekkim sercem, bo nie ścigam się przecież, ale z owym duchem na ramieniu - żebym tylko sobie tym asfaltem nic nie zrobiła. We trójkę - Marzena, Krzysiek i ja dumnie reprezentujemy pomarańczowe koszulki ŚBPM. Pochmurno i wietrznie. Trasa jest tam pofałdowana, widać te fałdy po drodze doskonale. A droga poprowadzona główną jezdnią. Sporo kibiców, widać, że to lokalne wydarzenie. Po rozgrzewce się ustawiamy, widzę,że jakaś pani stara się z tłumu wyprowadzić zesztywniałego ze strachu psa, pomagam jej, biorę go w koncu na ręcę i wynoszę dalej, ale i tak skubany wraca w tą stronę. Wystrzał, ruszamy, mijamy bramę, która będzie metą, skręcamy w jakieś uliczki, zawijas i na główną drogę. Jak zwykle nie wiem jak mam biec, ale znajduję rytm. Jest całkiem niezły, dogrzewam się. I wyznaczam sobie cele w postaci damskich sylwetek. Oczywiście mijam Iwonkę, która dopinguje. Dobrze, że wróciłam z tych gór (Marduły), to te fałdy sa tylko po mojej mysli, jeszcze agrafka w prawo, gdzie strażacy robią kurtynę wodną, choć troche na nią za zimno. Mam przed sobą jeszcze jeden koński ogon w zielonej koszulce do wzięcia, ale niełatwo, bo biegniemy w miarę równo. Po drugiej stronie jezdni już pędzi elita, grupa zawodniczek zbitych w małe stado. Zbliżam się powoli do zielonej koszulki, zaraz nawrotka, muszę ja wyprzedzić przed zakrętem. Ustawione słupki drogowe oddzielają oba pasy drogi, wokół nich zawracamy, ostry zakręt, koszulka bierze go z lekkim zapasem a ja się akurat mieszczę pod jej pachą.Chyba jest lekko zaskoczona. I teraz trzeba uciec, 5 km i prosta pofałdowana do mety. Trzymam tempo.Gdzieś w oddali widzę pomarańczową koszulkę - ale numer, zbliżam się do Krzyśka. Pracuję rękoma. W poblizu biegnie chłopak z 12tri, raz jest ze mną, raz za. Podłącza się widzę, mówi, ze jeszcze z tak szybka dziewczyną nie biegł. Nie jestem mu w stanie podziękować, bo płuca walczą o tlen. Rzuca, żebyśmy dogonili tych przed nami, bezsłownie się zgadzam, staram się dotrzymać mu kroku, ale trudno.Też nie bardzo lubię biec za kimś, a on mi radzi schować się za nim przed wiatrem. Mijamy Krzyśka na kilkaset metrów przed metę, małpiszon się śmieje i potem mnie dogania i przegania (oczywiście, typowo męska ambicja;p), kolega 12tri mi się urywa, robię bokami i nie jestem w stanie ni krzty przyspieszyć. Wreszcie ta meta. Dochodzę do siebie toczą błędnym wzrokiem i pianę z pyska, Krzysiek, który już na mnie czekał, mówił potem, że się zastanawiał, czy zaraz gleby nie zaliczę, tak wyglądałam. Wieje, ale czekamy na Marzenę.Potem prysznic ( w pakiecie startowym był żel od Avonu), posiłek postartowy - dobra grochówka, niedobra wersja wegetarianska czyli kasza z pieczarkami, ale jedno zalane drugim i smakuje. Podobno przepyszne gofry tu są, idziemy na losowanie nagród i dekorację. Obsada z Ukrainy spora, z kobiet wygrała Mołdawianka. Nagle slyszę swoje nazwisko - ha! załapałam się na kat. wiekową jako 2, bo nie ma dublowania nagród. Ale sporo osób nie czekało, bo w smsach dostali że sa 5, albo 6. Z Polek byłam 4 w generalce a w ogóle 10. I ten czas... Ale. Pamiętajmy - "cyfra to podstępna alfonsica". I tego się trzymajmy.

środa, 25 czerwca 2014

Zjazd na zadku z Kasprowego czyli Wysokogórski Bieg im. druha Marduły

Obawiałam się tego biegu. Ostatni raz na takich wysokościach byłam w dzieciństwie i jeszcze wjechalam tam kolejką. Start honorowy spod kina Sokół, ostry na Krupówkach (550npm). I od początku podbieg po twardym, asfaltem przez Rondo Kuźnickie, w górę do Kuźnic, przed stacją odbijała w lewo na Nosal (1206), Przełęcz Nosalową, zbieg do Kuźnic (1010) i potem wspinanie do schroniska Murowaniec przez Karczmisko (1550), nad Czarny Staw (1630), Karb (1853), zmieniono trasę z racji dużej i niebezpiecznej ilości śniegu na Świnickiej Przełęczy i puszczono nas przez Liliowe, na Kasprowy Wierch (1987) i stamtąd już "rura" w dół do Kużnic, potem zakręt i ponad 1km podbiegu na Kalatówki, gdzie była meta.
Już idąc z dworca do klasztoru Bernardynów, gdzie nocowałam, trasą biegu, ogarnęło mnie zwątpienie. To strasznie długi podbieg, w dodatku po asfalcie, a potem będzie jeszcze stromiej.. Pogoda była deszczowa, prognozy, które widzialam przed wyjazdem zwiastowały deszcz i burze. Na zdjęciach widziałam, że ludzie w rękawiczkach, długich bluzach biegli, to plus moja skromna wiedza o górach, że tam zawsze zimniej niz na dole, skłoniło mnie do włożenia długich gaci, dwóch koszulek, dobrze, ze jeszcze rękawiczek nie wzięłam..
Tak jak Krynica Górska w czasie Festiwalu Biegowego wygląda jak miasteczko biegaczy przez caly weekend, tak, tu w Zakopanem, mimo, że to 3 dni organizowanych biegów, na które trudno się zapisać, nic nie wskazywało na jakiekolwiek zawody. Krupówki jarmarczne jak zawsze, biuro zawodów gdzieś na tyłach w szkole zawodowej, czynne  tylko od godz.17. Wszystko wyglądało jak tajne spotkanie, o którym wiedzą nieliczni. Miałam mnóstwo czasu, więc zajęłam się odnalezieniem domu, który kiedyś  należał do mojej babci, zjadłam, kupiłam, wróciłam do biura. Szybko, można było wziąć plakat z zawodów (to dlatego ich nie było prawie na mieście), pakiet z żarówiastą koszulką, opodal stoisko batoników i żeli Mulebar  - wszystko bio. Wiedzą co robią, rozstawiając się w takich miejscach - człek w emocjach, jak dziecko na wakacjach - chcę to! Kupiłam żel cytrynowy za 10 zeta.
Start byl o 7 rano z Krupówek - pewnie dlatego, żeby turystom nie przeszkadzać i nie zmuszać ich do kibicowania. Meta przy schronisku na Kalatówkach.
Biegnę świtem rozgrzewkowo ulicami Zakopanego, jak przy  tajnym spotkaniu, z ulic wynurzają sie pojedynczo lub grupkami biegacze i zdążamy w tym samym kierunku. Rozpoznajemy się, wzajemnie wtajemniczeni, bez trudu. Zebranie przed Kinem Sokół, nieopodal skwerek, tam rozgrzewka, widzę Annę i Roberta Celińskich, Świerc i Herzog robią przebieżki. Wreszcie przemówienie druha Marduły, syna tego druha Marduły pod którego imieniem biegniemy, ostrzeżenia Goprowca, poswięcenie przez księdza i ruszamy na start ostry. Ustawiłam się z boku, bo plan był "przeżyć", jednak strona przeciwległa poszła szybciej, że w końcu ostałam się bliżej końca. Dmuchana brama na Krupówkach, start. Drepczemy, w końcu peleton się rozciąga, przede mną biegacz w słuchawkach jak DJ, boję się takich, którzy nie słyszą, co się dzieje, staram sie wyminąć. Znów jakaś grupka dziewcząt gaworzących, też chcę sie  pozbyć, ale jak na zlość, to samo tempo. Mija mnie starszy pan w koszulce Beskid TV i wełnianej czapeczce. Instynkt mi mówi - dziadkowie są w górach niebezpieczni, trzymamy się go ile się da. Mijamy dziewczęta, mijamy..Już pod Kuźnicami, skręt w lewo na szlak, korek na pierwszym podbiegu dość stromym, łokcie, przepychanie, ktoś żartuje, że czołówka to się ściga a my tu za wycieczkę turystyczną robimy i że tak, zawsze mówią, żeby wolno zaczynać i potem tak się kończy. Twardo trzymam się Dziadka, mocno pracuje ramionami, podbiega, gdzie inni podchodzą, wyprzedzamy. Wyobrażam sobie, że  biegnę za swoim trenerem, więc muszę się go trzymać blisko. Wreszcie zbieg, no i mijam go. Lecę dalej, myślę,że i tak pewnie mnie dogoni. Dalej już sama, zadziwiająca siła w nogach, tego asfaltowego podbiegu pod Kuźnice w ogóle nie poczułam. Teraz, gdy piszę ze sporym opóźnieniem relację, już tak trasy nie pamiętam, były podbiegi, wyprzedzam. Jakieś widoki, ale głównie patrzyłam się na ziemię przed sobą albo czyjeś owłosione łydki. Widoki to dopiero podziwiałam ze zdjęć z biegu. Maksymalnie skoncentrowana na drodze. Zresztą było na czym, śliskie kamienie, drobne i duże, strumyki, śnieg.. Gorąco, słonce praży a ja, sierota,  w długich czarnych gaciach i podwójnej koszulce. Trzeba było jeszcze wziąć rękawiczki.. Piję jak smok, niestarcza mi wody na punktach to zanurzam bidon w strumyku, najpyszniejsza taka woda. Zabił mnie Karb. Tak musiała wyglądać góra Mordoru, na którą wdrapywali się Sami i Frodo, łysa, składająca się z samych kamieni. Tam dopiero zabrakło siły mięśni, ledwo te nogi wciągałam na gorę, zwolniłam wtedy bardzo i dwie dziewczyny z poprzednio wyprzedzonych mnie minęły a kolejna niebezpiecznie się zbliżyła.. Na górze łyknęłam żel cytrynowy - słodki jak ulepek i trudno mi powiedzieć, czy pomógł, na pewno nie zaszkodził. Ale ja nie do końca wierzę w te suplementy, nie wiadomo, ile potrafi ciało a ile kofeina w żelach.. Później ja znowu wyprzedziłam jedną z nich, ale drugiej już nie doszłam. Byłam zdziwiona, że jak już wlazłam na ten Karb, to jeszcze mam siłę zebrać się do biegu. Potem Kasprowy i zbieg po śniegu - w środku czerwca biegnę po śniegu! - cieszyłam się jak dzieciak. W jednym miejscu była taka rynna na jedną stopę - tu się zjeżdżało noga za nogą, ale potem już na siedzeniu. Na grani Kasprowego przebiegaliśmy przez połać śniegu, ale na stoku, tez była tylko wąska ścieżka i trzeba było mocno uważać, by sie nie poślizgnąć i nie polecieć w dół. Utknęła tam niemiecka turystka z plecakiem i kijkami. Stała w miejscu, kolega przede mną krzyknął przepraszam, weszła trochę w śnieg i krzyczy histerycznie do jakiegoś mężczyzny, który już  był po drugiej stronie - a on zdenerwowany odkrzykuje po niemiecku, ze mu przykro ale nie wiedział. Pewnie chodziło o nas.. Po Kasprowym to ju było tylko w dół. Bałam się trochę, czy przepona przy takim długim zbiegu, znowu mi nie wywinie numeru, bolała, owszem, ale dała takich wrednych odczuć jak wcześniej. Goprowcy w wyższych partiach rozstawieni co 500m. I było po co, bo ślisko i niebezpiecznie na tych kamieniach. Dwa razy wywinęłam orla, ale tylko na dziurze w kolanie i zadraśnięciu nadgarstka się skończyło. W zeszłym roku, ktoś tu zostawił zęby. Zbieg się ciągnął w nieskończoność, zwłaszcza w tych niższych partiach, gdzie tylko las i zakręty. Wreszcie droga i ostry zakręt w lewo i teraz pod górę na Kalatówki. Droga nierówna, wybrukowana kamieniami, sporo turystów. Otuchy dodają tabliczki z ilością metrów do mety. No i jest, koniec męczarni. Medal, woda, wygrzebuje talon na zupkę. Spotykam znajomych, nie chce się ruszyć, słonce opala. Do Bernardynów mam niedaleko, więc tu nic nie zostawiłam do depozytu. Wreszcie się zwlekam, po drodze włażę do lodowatego strumienia, żeby łydki pomoczyć. Po południu rozdanie nagród i coś tam mają losować. No, sama śmietanka biegów górskich - były to Mistrzostwa Polski w Skyrunningu. Na tyle obsadzone, że Ewa Majer i Magda Łączak znalazły się dopiero "na drugim podium". Wygrała Dominika Wiśniewska Ulfik i Marcin Świerc. Ja się cieszę, byłam 11ta w tak doborowym towarzystwie, i gdybym sie tak nie czaiła na końcu, to 10te by było. Obiecałam sobie, ze ostatni raz dekowałam się na tyłach, trudno, niech mnie mijają, wezmę to na klatę. Cieszyłam się też, że tak dobrze się czułam na tych wysokościach i że nic sobie nie zrobiłam. I chcę znów za rok:))


poniedziałek, 23 czerwca 2014

W samo południe, czyli II Podkowiańska Dycha.

Nad miasteczkiem wstawał kolejny upalny dzień. Ptaki ćwierkały o świcie, by poźniej zaszyć się w cieniu liści. Zapowiadała się leniwa sobota pod znakiem koszulek bez rękawów i krótkich spodenek. Przedsmak wakacji. I nic na niebie i ziemi (poza banerem w centrum miasta) nie zapowiadało brzemiennych w skutki wydarzeń, które miały się rozegrać za kilka godzin w mieście.
Kaczki, pławiące się w parkowym stawie,nagle zaniepokojone poderwały  się do lotu. Psy na okolicznych posesjach zaczęły szczekać. Nadjeżdżały samochody. W pustym do tej pory, spokojnym parku zaroiło się od ludzi specyficznie poubieranych. Na staw wypłynęły deski surfingowe, nieopodal w cienistym miejscu pojawili się jeźdzcy na koniach. Na pobliskich uliczkach zrobiło się tłoczno od przemieszczających się tam i nazad grupek. Żar lał się z nieba. Poddenerwowanie wisiało w powietrzu. Wreszcie nadszedł czas. Dmuchana arkada nad głowami powinna mieć napis jak dla rzymskich wojsk - Morituri te salute. Buteleczka wody w ręce ma mi służyć przez 10 km z kawałkiem, bo przedłużono nieco trasę. Zbliża się godzina prawdy. Coraz ciaśniej. Głęboki oddech. Strzał. Poszli. Staram się zorientować, gdzie konkurencja. Pierwsze kilometry - są, mijają mnie, biegniemy ulicami - znam każdą dziurę w asfalcie, każdy zakręt, chodziłam tędy do szkoły, jeździło się rowerami i na wrotkach. Wyprzedziło mnie 5 dziewczyn. Taktyka w głowie - no, albo są tak mocne, albo upał zweryfikuje. Trzymam swoje tempo. 2 kilometr - mijam zawodniczkę ze stajni pewnego trenera, potem następną i następną. Ostatni odcinek prostego asfaltu przed wbiegiem do lasu  - cezura do wyprzedzenia ostatniej dziewczyny przede mną, którą widzę. Pomaga wodopój, wiem, że muszą zwolnić aby chwycić kubek i się napić wody. Ja mam swoją w ręku. 4 kilometr, wszystkie 5 minęłam. Nie widzę nikogo z przodu, nie wiem czy jest, gdzieś daleko, czy nie ma. Wreszcie Las, mój codzienny Las, teraz każde drzewo mi dodaje siły. Ścieżka piaszczysta, wąska. Jacyś ludzie stoją i klaszczą, chyba krzyczą, że pierwsza dziewczyna.Wylatujemy z drugiej jego strony w uliczkę. Wodopój, łapię kubek i wylewam sobie na głowę. Po prawej stronie zza płotu wizg piły spalinowej, ktoś tnie drzewo. I nagle słyszę - "Tamara biegniee! Daawaj Tamara!!"- dotarło do mnie, że to musieli być ludzie, którzy ze  dwa miesiące wcześniej ścinali u mnie drzewo, niebezpiecznie rozłupane przez wichurę i jak się okazało, chodziliśmy razem do podstawówki. Coś odkrzyknęłam, a skrzydła mnie teraz poniosły, znałam trasę, wiedziałam, że muszę utrzymać tempo, ciągnęłam z bioder ile mogłam. Lekko pod górę, przecinam asfalt, w lewo i znów asfalt, gdzie ten zakręt wreszcie?? Kibice po drodze, ktoś mnie dopinguje po imieniu. Topolowa, teraz niby nic, ale lekko się wznosi, wiem o tym. Z boku jakaś pani wyszła ze szlaufem z ogrodu i robi kurtynę wodną - później na forum dużo podziękowań dla niej. Zakręt i aleja lipowa do pawilonu i teraz juz trzeba gnać, meta tuż tuż, znów jakaś pani krzyczy do mnie, udaje mi się uśmiechnąć. Kawałek dalej klaszczą sprzedawczynie ze sklepu Społem, ostatni zakręt i prosta brukowana do parku. Wpadam na metę. Łapię oddech. Wygrałam w samo południe. Podkowa, w której mieszkam od urodzenia, znów jest moja!


sobota, 17 maja 2014

W wirze.

Z racji przymusowego utknięcia pod kocem, z termoforem i notatkami z foto i ciepłolecznictwa mam chwilę na napisanie. Bieg Łosia się pojawił i przemknął - tym razem wiosennie, nie pośniegowo - trudno porównywać, ale szybciej, II miejsce bo do szybkości Joanny S. jeszcze sporo mi brakuje - 5 minut. Ale zadowolona byłam, bo się przyłożyłam i popracowałam w tym biegu. Miło też towarzysko było, znajomi z biegów. Za tydzień II-ga również, Podkowiańska Dycha - tanio skóry nie sprzedam. Wczoraj, dziś deszcz - wczoraj pomęczyłam się na parkowych górkach, nie szło, nie chcę zwalać na ulewny deszcz, ale sztywna byłam cała i drugi cross już skróciłam. Dziś rano, na rowerze na targ w B, też pompa po drodze, gdy wróciłam, od razu na tren,  bo i tak byłam mokra - nawet fajnie mi się biegło, w dobrym nastroju wśród kropli i kałuż - takie dziecięce szczęście, że nikt nie woła - "do domu, bo przemokniesz!". Jednak nastrój nie trwał długo - chyba to dwudniowe przemoknięcie zadziałało na narządy wisceralne, a dokładnie to pęcherz zaprotestował i tak to utkwiłam pod kocem w wełnianych gatkach. Teraz wir się zaczął - szkoła i zaliczenia, w czerwcu dwa egzaminy zawodowe - teoretyczny i praktyczny. Do tego jeszcze praktyki.. Ach, rzuciłabym to wszystko i w góry.. Nie wiem czy Ślęża mi wyjdzie- tydzień przed Mardułą, później są Ludwikowice i Mistrzostwa Polski i Europy Masters..ech, fajnie by było zobaczyć, ale dzień później ten nieszczęsny egzamin. Wymyśliłam, że zrobię prawo jazdy - właśnie dla gór, bo samochodów nie lubię, ale dojazd łatwiejszy. Do Kampinosu jadę przez Warszawę 3 godziny, od siebie - byłabym w ciągu 30-40 min. Znacząca różnica. Ciekawostka - jadąc na Bieg Łosia, spotkałam w kolejce nauczycielkę angielskiego. Dała mi artykuł do poczytania z Science - o nerwie błędnym, który zaopatruje m.in. serce, płuca, żołądek. W artykule dowodzono, że jego stan działa na samopoczucie. A robimy to właśnie przez głębokie wdechy i wydechy - właśnie długi wydech działa rozluźniająco i tonizująco na narządy przezeń unerwiane, a tym samym na uspokojenie umysłu. Czyli kolejne wschodnie "czary" zyskały dowód naukowy - medytacja to nie wymysł "nawiedzonych", tylko jak najbardziej terapia lecznicza. To mi się podoba, że te metody leczenia znane od tysiącleci na Wschodzie, zyskują dowody naukowe i wchodzą na salony. I zachodnia medycyna może przestanie być tak napuszona swoim "wiem lepiej, bo udowodnione pod mikroskopem".
Więc na razie - nauka i treningi. Sąsiad spotyka mnie wychodzącą na trening - "Ale wczoraj już biegałaś, zapomniałaś?" - bardzo śmieszne..;) Syndrom odstawienia gór. W książce "Mroczna strona gór" jasno i wyraźnie napisane, że uzależniają. Nie tylko wspinaczy."(...)przelotne doświadczanie pełni życia jako moment reintegracji, który następuje w chwilach wielkiego natężenia, zagrożenia lub gdy zaangażujemy się w zmagania z nowym, ekscytującym wyzwaniem. W buddyzmie taki stan się osiąga przez medytację. Ten moment poczucia jedności ze wszechświatem nosi nazwę kensho. (...) Przepływ - kiedy cała uwaga skupiona jest na klarownym celu i gdy trudnym wyzwaniom dorównują świetnie zharmonizowane umiejętności. To ten moment, gdy z nagłym poczuciem lekkości łyżwiarz wykonuje perfekcyjny potrójny skok, akrobata przelatuje z jednego drążka na drugi(...) W każdym przypadku stopień koncentracji na zadaniu jest tak wielki, że wszystkie inne życiowe sprawy tracą znaczenie. Nieświadoma mijającego czasu osoba wykracza poza normalną świadomość, popadając w ulotny stan przepływu."

niedziela, 27 kwietnia 2014

O *%^&*$, ja #$%^&*# ! czyli subiektywna relacja z B160 Na Raty.

Pierwszy raz umarłam na Baraniej Górze. W szumie strumienia płynącego pod moimi stopami, w śpiewie ptaków, w deszczu i białej mgle. Wokół jesiennie przysypany stok liśćmi, nowych jeszcze brak na drzewach. Mgła tłumi dźwięki, wspinam się szlakiem pokrytym jasnymi kamieniami, szukam stopami względnie suchych miejsc, ale mini rzeczki płyną po całej szerokości drogi - Barania Góra to źródło Wisły, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest mi dane stąpać  po czymś dziewiczym. Bokiem koryta-szlaku prowadzi wydeptana ścieżka, ale z kolei pełna śliskich korzeni budujących wysokie stopnie - to już wolę krok za krokiem "ciupać" pod górę niż wydatkować energię na mocne wspinanie. Trzymam się zasady przeczytanej tuż przed wyjazdem - pierwsza połowa biegu ma być podziwianiem widoków, opalaniem, rozrywką, a dopiero druga - ściganiem. Więc, wolno, spokojnie, bez szarży. To mój drugi ultra, ale pierwszy z pełną premedytacją. Na krynicką setkę rok temu jechałam nie będąc pewną do samego końca, czy wystartuję i zgodnie z regułą króla Juliana - jak gdzieś przeczytałam - czyli " a teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu". Zapisałam się na Beskidzką 160 Na Raty z rozpędu, bo kolega ze Ściezki się zapisał,to łatwiej dojechać, bo udział daje punkty do UTMB. Gdy się zorientowalam, że w tym samym dniu jest Szczawnica, plułam sobie w brodę. Byłam tam na Maratonie w zeszłym roku i było super.  A tu - jakiś bieg, o którym niewiele wiadomo, zdjęcia głównie pokazują zawodników na asfalcie, na stronie niewiele informacji, mało aktualizacji. W mediach też ani słowa. Ale będą punkty kontrolne, gdzie trzeba podbic karteczkę..Gdzieś trafiłam na relację, która lekko mnie zmrozila, że wtedy zwyciężczyni Ewa Majer, przybiegła w dobrym czasie mimo, że biegła bez mapy - zaraz, zaraz.. to jest bieg NA ORIENTACJĘ?? Zero zdjęć z trasy. W pakiecie startowym nawet koszulki nie dają (!), tylko polarową czapeczkę. Jednym z głównych sponsorów jest ubojnia. Na czyjes pytanie na fb o czipy, org odpowiada, ze nie będzie bo niepotrzebne.. Dobrze chociaż, że nocleg zapewniają - pomyślałam. Miałam plan przelecieć to sobie powolutku, niespiesznie (bo pewnie w większości płasko i asfaltowo). Żeby tylko się nie uszkodzić na początku sezonu. A tu dostaję info, że tylko 4 kobiety na liście startowej, no to się przejęłam, nikt nie lubi być ostatni. I z takim podejściem wsiadłam do samochodu w piątek. Już dawno sie nie denerwowałam tak przed zawodami.
Start i biuro zawodów mieściło się na górze Chełm w Goleszowie, w Beskidzie Śląskim, gdzie jest szkoła paralotniowa (podjazd ze 3km asfaltem - co niedługo będzie miało znaczenie). Rozlokowano nas w pokojach tejże szkoły, gdzie były łózka przykryte białymi prześcieradłami (pierwsze zaskoczenie). Ponieważ na fb organizator napisał w ostatniej chwili o łózkach, karimaty nie targałam, ale część osób dodało sobie trochę do tej informacji i nawet śpiworów nie wzięli. Więc organizatorzy zorganizowali szybko małą wypożyczalnię. Odbieramy pakiet - mapa, karteczka do perforowania na pk, talon na posiłek, długopis, foldery reklamowe, żel i baton Nutrend. Kombinujemy, co by tu zjeść, aż ktoś nam poleca dom  obok pełniący funkcję hotelu i restauracji. Część osób tu się zatrzymała. Samochodów całkiem sporo. Jednocześnie lecą dwa dystanse - maraton i te ok 80km. Zjedliśmy przepyszny makaron, dosiadając się do stolika organizatorów, trochę dowiedzieliśmy się o trasie i pogodzie - że "będzie tak jak dziś - zacznie padać ok 16, rano nie" (uff, to nie zmoknę - powinnam się wyrobić do tego czasu)  i że  na końcu - 3km przed metą czeka nas jeszcze górka dość stroma, więc lepiej zostawić sobie siły (patrzyłam na mapę - ee..500m npm., cóż to jest, nawet na zmęczeniu..)
Z racji, że trasa miała nie być oznaczona taśmami, szmatkami i czym tam jeszcze, tylko prowadzona  szlakami, rozwiesiłam sobie tydzień wcześniej mapę na ścianie, zaznaczyłam rozwidlenia i zmiany kierunków i zrobiłam ściągawkę, gdzie jaki kolor szlaku. Nie daj boże się zgubić i jeszcze kilometrów nadrobić.
Start o 5 rano, o 4.30 odprawa. Stres przedstartowy jest. Sen przerywany, w ogóle, we śnie już przebiegłam cały bieg i jeszcze się użerałam ze współlokatorami, którzy strasznie hałasowali i przeszkadzali, nie wiedziałam po obudzeniu, czy to była jawa czy sen, ale rano ludzie normalnie ze mną rozmawiali, więc jednak sen i noc ciężka. Okazało się, że mały problem z łazienkami - jest tylko jedna..Więc kolejka, potem odostępniono publicznie też te, które były przy zajętych pokojach..
Wrzątek był, Idee Kafe też, Artur - org, przywiózł jeszcze przepyszne drożdżówki z piekarni - żałowałam,że  rano nie chce się jeść.. Płatki ledwo wchodzą do gardła. Na drogę zapakowane rodzynki, daktyle, batonik jako coś konkretniejszego i "kulki mocy" - to ostatnie to jakiś ukraiński specyfik od znajomego, od którego kupuje miód - miód, z kakao, zmielonymi orzechami i czymś owocowym - słodkie, ale pyszne, obtoczyłam w kakao i zapakowałam do plecaka na "czarną godzinę" (zapomniałam o nich kompletnie i zrobiły się "placuszki mocy"). Domowy izotonik w bukłaku i jeszcze buteleczka na dolanie do wody na trasie. Deszcz pada nadal od wczoraj. Ale ciepło - zastanawiamy się jak lecieć - na krótko czy długo? Po odprawie i smagnięciu deszczem po gołych łydkach - szybka zmiana planów. Na szczęście start dwa kroki od pokoju. Ludzi nie za dużo, większość to "krótkasi" - na krótki dystans (!) czyli maraton - proszę, jak się człowiekowi zmienia nomenklatura. Na nasz nawet nie wiem ilu zawodników startuje. Różnimy się kolorem numerów startowych.
Wreszcie - start. Jak Krzysiek powiedział - 5:01 i już ani śladu po stresie. Zbiegamy w dół asfaltem - gdzieś mi się w głowie kołacze, że w powrotnej drodze będzie odwrotnie.. Biegnę powoli - patrz zasada nr 1. Mijam po drodze potencjalną rywalkę - jako jedyną rozpoznaną na moim dystansie. Krzysiek wysforował na przód, pilnuję, żeby go nie gonić. Zaraz czołówkę chowam, robi się jasno. Jest ciepło - zaczęłam żałować, że wzięłam wiatrówkę i długie spodnie ( na Baraniej Górze będę sobie wdzięczna). Przypominają mi się słowa organizatora o psie imieniem Bober, droga w pewnym momencie będzie przebiegać przez gospodarstwo i będziemy mijać owego psa, który powinien być uwiązany, ale lepiej zapamietajmy jego imię.. I znów mówił o tej górce na końcu - Wygórze.. i coś tam o wspinaniu zębami.. hm.
Już jesteśmy poza asfaltem - fajna kręta ścieżka w lesie, ślisko, inowejty trzymają się pazurami, też jedna z obaw ich dotyczy - nie biegliśmy jeszcze razem na tak długi dystans. Zaczynamy podbieg - Tuł 621 npm, potem będzie Mała Czantoria i Wielka - podzielilam sobie w myślach mapę na podbiegi i rozdzielenia szlaków - tak łatwiej liczyć dystans. Mijam kilka dziewczyn - fajnie jest biec w biegu, gdzie sa dwa dystanse, bo nerwów rywalizacyjnych dużo mniej. Gdzieś dalej w okolicach Soszowa rozdzielają się trasy. Przebiegam obok jakichś czeskich schronisko-knajp. Jest pk1 - podbijam karteluszkę, ale mam tak zgrabiałe ręce, że proszę o pomoc w wyjęciu, potem już chowam ją do kieszeni kurtki - okazuje się, że jest nieprzemakalna i się nie zniszczy. Kartka, bo kurtkę mogę wyżymać. Łyk wody, banan, czy co tam zjadłam i dalej, nie tracić czasu. Ktoś mi mówi, że jestem druga. Druga? No, ale jeszcze nic nie wiadomo, na takim dystansie wszystko możliwe. Przede mną kolejny "czarny punkt" - Barania Góra - największe wzniesienie 1220 mnpm. I 44 km  - potem już "będzie z górki" (ha! gdybym wiedziała), jeszcze jeden mocny podbieg, Wygórka i hyc - hopla do mety. Od Wielkiej Czantorii biegnę sama, wiedziałam, że tak będzie. Nie tęsknię za towarzystwem, bo nie lubię dyszenia za plecami albo dreptania za kimś, też włącza mi się wtedy instynkt stadny - i jak ludzie przede mną przechodzą do marszu na podejściach, to ja z automatu też, bo boję się, że oni pewnie lepiej oceniaja siły a ja się spalę energetycznie.. Muszę tylko zwracać  baczną uwagę na znaki szlaków. Dobiegam w pewnym momencie grupę męską, mijam i nagle okazuje się, że ich prowadzę, biegniemy wtedy asfaltem do pk2, tuz przed Baranią, więc ok, choć boję się, czy nie zacznę podbijać tempa słysząc oddechy za plecami. Jest punkt, miły pan z obsługi dzieli się ze mną gorącą wodą z własnego termosu - herbata by się bardzo przydała. Widzę, że sami się rozgrzewają jakąś małą butelczyną. Od nich się dowiaduję, że jestem pierwsza. Pierwsza?! Uzupełniam wodę i zmywam się szybko - komu w drogę, temu trampki. Zostawiam chłopaków i w górę. W głowie nucę - "slaba pleć, a jednak najsilniejsza, slaba pleć, a jednak najmocniejsza.." lala.. I tu juz mi się plącze - szlak-koryto strumyków, kręta ścieżka  przez las pełna korzeni, błota, belek, które kiedyś miały może służyć ułatwieniu przejścia, teraz raczej zagrażały życiu.Gdzieś czerwony szlak się  plącze, dwóch chłopaków zbiega z góry - pogubili się, mijam ich na tych błoto-bagnach. Gdy mam wątpliwości co do szlaku, szukam po śladach, (witajcie bohaterowie dzieciństwa Winnetou i Old Shaterhandzie) ktoś biegnie w mudclawach i widzę też odciski salomonów Krzyśka. Uciekam przed oddechami. Juz gdzies za szczytem - wiatr i deszcz hulają. Na szlaku leżą kładki z drewnianych śliskich pni - tu sposobem - jak Krzysiek nazywa - na Japoneczkę - tup, tup. krótkim krokiem, przypominaja mi się treningi po sągach drewna u mnie w lesie - przydały się jak znalazł. Co jakiś czas jakaś belka umyka spod nóg i zanurza się pod wodę - takie tam, trochę adrenalinki. Już nie dbam o suche stopy - wszędzie woda. Sporadycznie mijam turystów. Teraz wypatruję rozwidlenia - z czerwonego w lewo w zielony, org napisał na stronie, że właściciel terenu (park krajobrazowy) nie zgodził się na oznakowania, ale strzałka jest. Następne rozwidlenie - Zielony Kopiec. Potem kolejne i pk3. Tu już nie pamiętam trasy, szczerze przyznam, film się urwał. Były zbiegi i podbiegi. Solidne zmęczenie. Dialog wewnętrzny rozbudowany. Mam w plecaku mp3 z listą energetycznych kawałków ale zostawiam na sam koniec, kiedy juz naprawde będzie masakrycznie. Pamietam miłe panie w pk3, które mówią, że do nich dzwoniono i się o mnie dopytywano - no, miło, no:) Woda znów, był jeszcze izotonik, ale juz nie kombinuję z obcymi smakami na takiej trasie.Żółty szlak prowadzi do Trzech Kopców - oj, tu juz długo schodzi, tabliczka, że 2.30 godz, na szczęście więcej turystów - przy nich nie wypada iść, więc jakoś się dziwię, że to już. Potem do Orłowej - też się ciągnie bez końca. Potem wiem, że już do Ustronia zbieg i wyczekiwany mocny podbieg pod kolejką narciarską na Wielką Czantorię na czarny szlak, którym juz bieglismy i to juz prawie w domu, jeszcze tylko ta Wyrgóreczka i meta. Robi się ciepło, słońce już wyszło. Mijam po drodze ogoś schodzącego - pyta czy mam bandaż elastyczny, coś sobie zrobił, zejdzie tylko do pk3. Zbieg do Ustronia juz niefajny - bolą mięśnie brzucha i miejsca pod łukami żebrowymi, wszystko się trzęsie, łupie mnie w lewej stronie pleców, gdzieś, gdzie nerki, jeszcze cały czas nieprzyjemne parcie na pęcherz ale na pusto. Niefajnie. Zbiegającemu pokazuje się Wielka Czantoria w całej krasie - oż #&#^! No rzeczywiście Golgota.. Tu już się robi gęściej, bo dołącza trasa maratonu. kluczę za chłopakiem, który szuka drogi do punktu 4 pod Golgotą - tj. Czantorią. Po drodze kupuje colę, przez moment tez się zastanawiam nad tym. Ale zjadam pomarańcze, żurawinę, dolewam wody i resztę miodu i aby jak najmniej stać (zasada nr 2 "prędko, zanim dotrze..") Przede mną łysa ściana stoku narciarskiego z jakiegoś szutru i kamieni - 995 npm. Widzę dwie osoby mozolnie się wdrapujące w górze. Słońce grzeje. Krok za krokiem, rozbujawszy ciało podchodzę, po 20 metrach uświadamiam sobie, że nie podbiłam karteluszki, mówię to na głos i też to, że w dupie to mam. Chłopak za mną jednak radzi zejść, żeby nie zdyskwalifikowali, bo szkoda. No ma rację. Złażę, Obsługa punktu chyba widzi co jest, bo zdejmują lampion i dziewczyna podchodzi kawałek do mnie - wdzięczność. Znów w górę. Będzie mi się śniła po nocach ta góra - jak z Tolkiena i prac Syzyfa. Już nawet nie patrzyłam w górę, bo ona caly czas tam była.Tu umarłam po raz drugi.Potem się dowiedzialam, że kawałek dalej był szlak wśród drzew, też stromy, ale łatwiejszy do przejścia. Najlepsze, że  jak się  juz człowiek wdrapał pod ta stację wyciągu to się okazywało, że to wcale nie szczyt..tylko szlak prowadzi jeszcze wyżej..Tu juz sila mysli nas wnosiła. Szedł przede mna chłopak z kijami - narzekał na kolana i poodparzane stopy. Jeszcze do czarnego szlaku - on juz w dół, długi zbieg, moje przekleństwo teraz, błagam niebiosa o podejścia. Wreszcie jest Mała Czantoria - tu szlakiem żółtym, ale ktos się pomylił i przyczepił oznaczającą strzałkę odwrotnie - z kierunku, z którego przybiegamy..Sporo osób tu pobłądziło. Pamiętałam, że żółtym mamy iść, więc rzucam haslo reszcie - juz się nas tu 4 zebrała, wszyscy w szampańskich humorach.. I rzeczywiście, dalej jest juz strzałka. I zbieg..długi..W pewnym momencie myślę, że skoro nic nie działa - ani masowanie, wbijanie palców pod żebra, unoszenie rąk, oddychanie, to może się z tym bólem pogodzę, zignoruję  go. I to jakby wreszcie pomogło, bo w pewnym momencie się orientuję, ze biegnę i jakoś daję radę.Teraz szlak się kończy dla nas, trasa ma prowadzić drogą leśną do tego pagórka zwanego Wygórką i ma być oznaczona tylko strzałkami organizatora. Też nie był rozrzutny w ich pozostawieniu.. Jeden chłopak się odłącza i leci do przodu. My wolniej zanim, jeszcze chwytam powietrze. W końcu biegnę tylko z jednym. Skądś mam energię, on pewnie mnie przeklina ilekroć zaczynam truchtać po podejściu.Ale trzyma się. Spotykamy lokalnego watażkę na skuterze, zagrzewa do walki, pytamy jak daleko jeszcze - "no z 8 może będzie", miny zrzedły i klatki uniosły się jednakowym westchnięciem. Chyba żal mu sie zrobiło biednych duszyczek, bo zawrócił i mówi, że nie, moze z 5 km. Zbiegamy do Cisownicy, tu trochę strzałki sie pogubiły i odnajdujemy drogę. Kawałek asfaltem i nagle świeżo wydeptana ścieżka prowadzi w krzaki - a więc Wygóra. No rzeczywiście w tych krzakach zaczyna się górka, błotnista jak nie wiem, gliniasta, z miejsca mam dwa kilo towaru na butach. Ślisko, bardziej to przypomina surfing niż bieg. Czasem trzeba się posłużyć funkcją chwytną górnych kończyn. No męcząco, ale d..nie urywa. Coś mnie gryzie, czym się dzielę z kompanem - i to nie był kleszcz - że org mówił  o górce w kamieniołomie, a tu na razie ani widu ani słychu kamieni.. Drepczemy my dalej przechodząc przez zwalone pnie ("nie siadaj, nie wolno"), jakiś las znowu. Wąska ścieżka i..o #&$&%%, ja #*$&$, w #*$&$! Nogi i ręce się ugięły. Pionowa ściana w górę a na niej wyślizgana jakaś breja, maź, towot czy inne cholerstwo w formie ścieżki.Widzę, że wysoko jakaś pani umorusana jak nieszczęście próbuje wdrapać się na szczyt. Nie chcę za długo pozostawać w podziwie dla sadyzmu organizatora (zasada nr 2) i ruszamy na górę. No, ale jak sie wdrapało to zwykle trzeba jeszcze zbiec. Mijamy panią z maratonu - i jestem dla niej w podziwie- pani już w dojrzałym wieku, nie to co my, podrostki z fiu bździu w głowie - że ukończyła ten bieg.Bo potem jej klaskałam na mecie. Mnie już ciągnie do mety jak konia do żłobu. Kolega zostaje po drodze. Zbieg asfaltem, wiem, że jeszcze czeka mnie ta droga asfaltowa na sam Chełm, gdzieś w międzyczasie,może z Wygóry, mogliśmy podziwiać widok tej kolejnej Golgoty z bielejącym na szczycie namiotem biura zawodów jako kolejnej atrakcji z bogatego menu imprezy. Czas na doping w postaci muzyki, długo ciągnący się asfalt nigdy nie był moją dobra stroną.Po drodze tego zbiegania jakieś strzały - debilni myśliwi się bawią się w strzelanie na strzelnicy (szkoda, ze nie do siebie - mocne słowa, ale nie cierpię tej nacji). No i jest skrzyżowanie na Chełm, tu już droga prosta jak strzelił w pysk, ale  z podkręceniem strzelił, bo pnie się bezlitośnie w górę. Tak jak początkowe 500 metrów biegnę, tak potem juz mam dość. Kibiców nie ma, to co się będę wygłupiać. Tu chyba umarłam po raz trzeci, albo ta śmierć jakoś na raty zaistniała na Wygórce też. Jakaś samotna pani czeka z aparatem na kogoś znajomego, bije mi brawo, więc i raźniej na duszy. ale jak się tak wdrapuję i wdrapuję i pusto w okół, to takie wrażenie miałam, że już nikt tam na górze nie czeka. Że już maraton się skończył, wszyscy śpią, jedzą, pojechali do domu, a te nieliczne niedobitki z długiej trasy same sobie winne,że tak długo. Jeszcze zakręt - tu już się biegnie, bo ludzie patrzą i jeszcze kawalek wyżej dmuchana meta i Artur, który wymyślił  tą trasę, zawiesza mi medal. W podzięce mówię mu, że będzie się  smażył w piekle.

Post Scriptum:
Przybieglam 15 min po Krzyśku, który zajął 10 msce, ja 12 na 44 uczestników.Było ok 83-85 km, bo są rózne wersje.11 godz 55 min na nogach. Pierwszy to Maciek Więcek, który, gdy w okolicach Wygóry usłyszał za sobą pogoń, to - jak opowiadał Krzyśkowi -  "zrobił myk, myk" na górę - 10:06. Oprócz mnie jeszcze tylko jedna dziewczyna ukończyła długi dystans.
Bieg bez wypasu organizatorskiego i zadęcia, kameralny, których juz rzadkość. Ale taki, który pamięta się zawsze. To był wymagający bieg dla charakteru, dla zaciśniętych zębów, nie dla medalu, ani pierwszego miejsca. Choć, oczywiście miło je mieć;) Świetni ludzie go zorganizowali, nieśpiąc po nocach. Mam wrażenie,że jesteśmy trochę rozpuszczeni przez te "gifty", co kto daje w pakiecie, że zapominamy o rzeczy najwazniejszej - o wrażeniach, o emocjach, jakie daje moment zatracenia się w czymś, co robimy tu i teraz. I ten bieg doskonale mi o tym przypomniał. Za co jestem wdzięczna.Nawet jeśli jest to drapanie się pod Czantorię
Kolejna edycja 20 września, w innym miejscu. 2 tygodnie po B7D. Trzeba się będzie szybko zregenerować.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kiedy biegnę, jestem buddyjskim mnichem.

No, nie zawsze. Ale zdarza się, nie ma wtedy natłoku emocji, myśli. Uwielbiam ten stan, który pojawia się w trudnym terenie, gdzie cała uwaga skupiona jest na tym, gdzie postawię stopę. Niesamowite uczucie lekkości niesie mnie przez kamienie, porębę, albo sam las, gdzie łatwo można zaliczyć upadek zaplątując się w gałęzie bądź jeżyny.
Niestety zabrakło mi tego uczucia wczoraj w Górach Świętokrzyskich. Zaowocowało to podwójnym orłem i rozbitym kolanem. Dobrze, że niczym więcej, bo kamienie tam są ostro ciosane.
Nie byłam pewna do samego końca, czy wyprawa na trening dojdzie do skutku, bo w czwartek wieczorem zbuntowała się stopa - znienacka zaczęła boleć tak, jakbym sobie ją zbiła. Ale nie miałam takiej mozliwości, już rano czułam jakiś dyskomfort, ale zaraz minął, trening interwałowy zrobiłam, nic, cisza i spokój. a wieczorem - trudno chodzić. W piątek - to samo. Lekka panika i czarnowidztwo - googlanie - kurczę-rozcięgno-jasna-cholera-goi się diabelnie długo. Leczę się - lód, mata z kolcami, lód, mata..wyszperałam gdzies jakis Voltaren. Jechać, nie jechać. Umówiłam się przecież. Ale dziwnie boli, nie jak rozcięgno, może pęknięcie jakiejś kości, złamanie nie, bobym nie stanęła na tej nodze, może to więzadło podeszwowe??? Co z zawodami za 2 tygodnie?? W razie czego skończę trening i zaczekam w aucie na Krzyśka. Pojechałam. Nastrój minorowy. Jeszcze inne emocje niefajne się przyplątały. Generalnie, czułam się jak uwiązany przed sklepem na deszczu mokry kundel, który nie może sobie pójść, ani wejść do środka.
Wyruszyliśmy we dwójkę rano z Wwy, 2 i pół godziny i jesteśmy w Bodzentynie, ostry wjazd asfaltem pod górę i parkujemy obok drewnianej bramy z napisem Puszcza Jodłowa. Pomysł zaczerpnięty z bloga Janga, który opisał kiedyś swój wyjazd w te góry, tylko zaczynał od wsi Paprocice, dobiegł do Łysicy i zawrócił a potem niebieskim szlakiem i asfaltem do miejsca startu. Z wyborem trasy nie można tu za bardzo poszaleć, bo jest jedna. Ale w jednym byliśmy zgodni - byle nie asfalt. Ruszyliśmy od Bodzentyna, niebieskim bezpłatnym szlakiem do św.Katarzyny. Bardzo ładna trasa, nad strumykiem, przez podmokłe łąki, kładki drewniane. Zdziwiłam się widząc oznaczenie, że zajmie  nam to 3h, a byliśmy na mscu po 40 minutach. Potem w budce, u pani bileterki usłyszeliśmy, że to są oznaczenia dla grup z przewodnikiem i postojami, do św.Krzyża, gdzie zmierzaliśmy bylo 7h, dojść można w 4, a nam to chyba zajeło 1,5..Uiściwszy opłaty za bilety, ruszyliśmy w górę czerwonym szlakiem, na Łysicę. Pogoda chłodna, niebo zachmurzone, ludzi więc dużo nie było na ścieżce. Pierwszy raz w życiu byłam na słynnej Łysicy:) Oczami wyobraźni widziałam juz te czarownice na miotłach..ale zapobiegliwi postawili krzyż na kupie kamieni. Krótki postój na oddech i dalej, w dół, w Kakoninie szlak wyprowadza nas na asfalt, tak dziwnie poprowadzone, zamiast nadal skrajem lasu. Po kilku zakrętach (choć na mapie wygląda na jeden) wbiegamy znów do lasu i jego brzegiem, biegniemy dość długo, przeskakując po drodze strumyki lub przebiegając kładki. Lekki kryzys na myśl o czekającym powrocie. Stopa boli, ale staram się na nią uważać, pierwszy orzeł zaliczony, dziura w kolanie, może tez dlatego, że prawa stopa ma gorszą propriocepcję i nie czuje tak dobrze gruntu jak uszkodzona prawa.Wybiegamy z lasu i przed nami osada starosłowianska i asfaltowy podbieg na Łysą Górę i Św.Krzyż. Ale z boku pojawia się ścieżka dydaktyczna, prowadzi po normalnym terenie i wśród połamanych wichurą drzew. Drugi orzeł zaliczony, ale tym razem obeszło się bez uszkodzeń naskórka.Wamać..coś nie mój ten dzień. Na górze chłodno. Pytam się Krzyśka z nadzieją, czy chciał mi zrobić niespodziankę i schował swoją żonę w bagażniku i ona teraz na nas tu czeka z samochodem. Niestety, nadzieje płonne. Półmaraton gdzieś dawno już stuknął, teraz trzeba wrócić.. Wchodzimy jeszcze, jako posiadacze biletów na platformę widokową na gołoborze, gdzie się dowiaduję, że wał był usypany z kamieni wokół szczytu, ale dlaczego pogański?? Pamiętna swoich studiów archeologicznych i różnych teorii i hipotez pradawnych kultur, tu mi się nie bardzo chce wierzyć. Niby co czczono wałem z kamieni? Nie zastanawiam się długo, bo zimno telepie. Ruszamy w powrotną drogę. Gubimy w pewnym momencie szlak, który prowadził przez asfalt, po rzucie oka na mapę, decydujemy lecieć offroad przez las. I tu był moment, gdy psychicznie odżyłam, skacząc przez te zarośla. Kończy nam się picie w buklakach, na szczęście to sobota, a my trafiamy na szlak, przy którym jest mały sklepik na dzwonek. Nawet nie wiedziałam, że tyle wypiję. Teraz mamy więcej zbiegów. Boleśniejsze dla mnie niz płaskie i podbiegi, bo tu stopa się przetacza cała pod obciążeniem, dokłada się jeszcze ból stłuczonego kolana. W najblizszych planach uwzględniam sklep i zakup lodu do drinków i podróż stopy w worku z lodem. Ale lecimy jakby szybciej, no nie jest to wolne wybieganie.. fajnie, że trasa mało się dłuży - najbardziej ten odcinek nad brzegiem lasu i ten ostatni od św.Katarzyny. Jesteśmy wreszcie na Łysicy i tu ogien w dół. Przesadzam z tym ogniem, bo ciężki odcinek cały z ostrych kamoli, pilnując, zeby nie było do trzech razy sztuka, biegnę ostrożniej. Potem kamienne schody otoczone barierkami i znów jesteśmy pod budką, mówimy pani bileterce grzecznie do widzenia i uradowani gonimy do samochodu jak konie dorożkarskie do żłobu. Ale przecież to ma być przyjemność - więc przeplatamy ten odcinek spacerem, w tempie zadyszki co prawda. Ale, ale..albo mi stopę odjęło, albo się wyleczyła, bo nie boli, boli za to pęcherz, który się zrobił od nie najlepszych skarpetek i mokrych butów. I na duszy raźniej sie zrobiło, może właśnie to ta medytacja w ruchu przez 5 godzin, bo tyle nam zajęło 44 km tam i nazad. Choc ten ostatni odcinek się ciągnie, jak guma do żucia. Ale jest wreszcie koniec.Wątpimy, żebyśmy teraz jeszcze mieli biec kolejne 40 km ( a niedługo będzie trzeba). Szybki prysznic, obmycie ran. I jedziemy do miasteczka szukać pożywienia. Jak to bywa w małych miasteczkach, trafiamy na jakąś przaśną pizzerię, gdzie jest najpyszniejsza pizza, że warszawska się może schować i kosztuje połowę. Rzetelnie zmęczeni odjeżdżamy w siną dal. I mam ten kawałek, co chodził mi po głowie:
"A droga długa jest.."