wtorek, 6 stycznia 2015
I nagle, elektryczna staję się..
Perun Maraton, Zamieć, Beskidzka 160... Czuję prądy w końcówkach palców, serce przyspiesza. Chyba zimowy sen już odchodzi, dzisiejsze słońce na szczęśliwickim stoku dało namiastkę zimy w górach. Erzatz, ale zawsze. Przez moment (cały dzień) rozważałam tak i nie na wyjazd w końcu stycznia do Szczyrku na ultra 24 godzinne - tam i nazad na Skrzyczne. Choc nie lubię, nie rozumiem, całkowicie mi obce latanie w kółko, to jednak te zawody zaczęły mnie kusić. Pewnie dlatego, że sa Trudności, czyli zima, śnieg, noc, góra. Naprawdę mnie kusiło powalczenie tam. Ale ostatecznie rozmowa z Szefową zaważyła - "możesz pobiec 2-3 kołka i zejść, ale nie ma sensu uszkodzić się w środku przygotowań do sezonu". No, pobiec tyle i zejść za ponad 2 stówki wpisowego..nie ma sensu.I rzeczywiście, szkoda byłoby coś sobie zrobić. A byłoby to prawdopodobne, bo nie umiem pobiec na pół gwizdka i oddechu. Więc - nie. Kolega zadzwonił - Czechy, Life is vertical, Perun, zero asfaltu, w drużynie Skyrunning Poland. No i cena! ok 50 zeta, to rozumiem. Przepraszam, ale w Polsce to już się wielu orgom w głowie pomieszało. Jeszcze Beskidzka, Sudecka Setka - to sa normalne ceny dla przeciętnego zarabiacza na chleb a nie korporacyjnego lansera (bez urazy - skrót myślowy). Ale to tylko tydzień po B160..i co teraz?? Zapisałam się, ale jeszcze nie opłaciłam. Nie polecę obu, zwłaszcza, że Beskidzka to już ponad setka, będę walczyć i trasa na pewno z fantazją - uchetam się i nie wiem czy w tydzień dojde do siebie, a konkretniej moje kolageny. A nie pobiec w B160? Też boli..To jedyny bieg, z którym jestem bardzo związana emocjonalnie. Pod koniec stycznia będzie spęd integracyjny, czyli ponad 50tka latania po górach.Wreszcie..Tęsknię, jak widzę zdjęcia chwalących się znajomych. Jeszcze mam do wykorzystania wygrany weekend w wypasionym hotelu w Szczyrku, tylko ogarnąć logistycznie. Dobrze, cos się rusza, treningi poswiąteczne, znów Falenica, niedługo bieganie u Szefowej.Byle do wiosny.
czwartek, 1 stycznia 2015
Poza szlakiem.
Zima niby przyszła. Zimowe Biegi w Falenicy ruszyły. Dziś noworoczne wybieganie - zawsze gdzieś z drugiej strony Wwy - tym razem znaną trasą ze Zbojnej Góry, przez Mienię do Góraszki, tu już trochę zeszlam ze szlaku, bo tak jest fajniej. Dzięki temu ucieszyla mnie crossowa ścieżka wzdłuż muru lotniska, za bardzo się skupiłam na pilnowaniu szlaku, co od razu ogranicza. I człowiek jak błądzi, to zły. Dwa razy koło pomnika powstanców. I w końcu nie obiegłam Gór Macierowskich. Trzeba więcej spontanu, choć trudno oń, gdy zimno i chłodno.Ale najlepiej mi się biega, gdy skręcam tam, gdzie mnie kusi a nie gdzie idzie szlak. Dlaczego nie mam mnie w górach..bo oszczędzam na zimowy obóz u Szefowej.Zeszłoroczny tak dużo mi dał, że o absolutny priorytet.Oglądam filmiki biegaczy z TNF i Salomona..i zazdroszczę, gdzie oni nie biegają.. Wiem, że szału nie zrobię trenując zamiast w górach to na mazowieckich piaskach. Emelie pisze obok zdjęcia z samochodem z jej nazwiskiem podziękowania dla szwedzkiego Seata,że ją sponsoruje, choć była "nikim". Dziwić się,że narodowo narzekamy? U nas najlepsi łatwo nie mają o sponsoring, a co dopiero "nobody". Nastrój taki jak pogoda - ołów na niebie. Pobiegane fajnie, choć już trochę mam dość tych dojazdów po przeszło dwie godziny komunikacją, auto by się bardzo przydało.. nie targałoby się rzeczy na grzbiecie.No i w góry wtedy łatwiej ruszyć, spać można nawet w samochodzie. Jaki nastrój taki wpis.
I jeszcze - myślę, że to dobre życzenie noworoczne:
“Obiecuję sobie samemu...
Być tak silnym, że nic nie będzie w stanie zakłócić spokoju mojego umysłu.
Życzyć zdrowia, szczęścia i powodzenia każdej osobie, którą napotkam.
Sprawiać, żeby wszyscy moi przyjaciele czuli, że są wyjątkowi.
Dostrzegać jasne strony we wszystkim i sprawiać, aby mój optymizm się urzeczywistniał.
Myśleć tylko dobrze, pracować jak najlepiej potrafię i oczekiwać tylko najlepszego.
Reagować takim entuzjazmem na sukcesy innych osób, jakby były one moimi własnymi.
Zapomnieć o błędach przeszłości i starać się o lepszą przyszłość.
Być zawsze pogodnie usposobionym i obdarzać uśmiechem każdą napotkaną istotę.
Poświęcać tak dużo czasu na doskonalenie samego siebie, żeby nie mieć czasu na krytykowanie innych.
Być zbyt mocnym, by się martwić; zbyt wielkodusznym, by się złościć; zbyt silnym, by się bać; zbyt szczęśliwym, by dopuszczać do siebie kłopoty.
Myśleć dobrze o sobie samym i ogłaszać ten fakt całemu światu nie za pomocą wielkich słów, ale za pomocą dobrych czynów.
Żyć w przekonaniu, że świat będzie mi sprzyjał tak długo, jak długo będę żyć w zgodzie z tym, co jest we mnie najlepsze”
Christian D. Larson 1912
A na pozazdroszczenie - Kiljan w swoim żywiole:
<iframe width="560" height="315" src="//www.youtube.com/embed/b0Vkwxyd6qg?list=UU5IhSDXTsi6TrIGHiW8kIBg" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
I jeszcze - myślę, że to dobre życzenie noworoczne:
“Obiecuję sobie samemu...
Być tak silnym, że nic nie będzie w stanie zakłócić spokoju mojego umysłu.
Życzyć zdrowia, szczęścia i powodzenia każdej osobie, którą napotkam.
Sprawiać, żeby wszyscy moi przyjaciele czuli, że są wyjątkowi.
Dostrzegać jasne strony we wszystkim i sprawiać, aby mój optymizm się urzeczywistniał.
Myśleć tylko dobrze, pracować jak najlepiej potrafię i oczekiwać tylko najlepszego.
Reagować takim entuzjazmem na sukcesy innych osób, jakby były one moimi własnymi.
Zapomnieć o błędach przeszłości i starać się o lepszą przyszłość.
Być zawsze pogodnie usposobionym i obdarzać uśmiechem każdą napotkaną istotę.
Poświęcać tak dużo czasu na doskonalenie samego siebie, żeby nie mieć czasu na krytykowanie innych.
Być zbyt mocnym, by się martwić; zbyt wielkodusznym, by się złościć; zbyt silnym, by się bać; zbyt szczęśliwym, by dopuszczać do siebie kłopoty.
Myśleć dobrze o sobie samym i ogłaszać ten fakt całemu światu nie za pomocą wielkich słów, ale za pomocą dobrych czynów.
Żyć w przekonaniu, że świat będzie mi sprzyjał tak długo, jak długo będę żyć w zgodzie z tym, co jest we mnie najlepsze”
Christian D. Larson 1912
A na pozazdroszczenie - Kiljan w swoim żywiole:
<iframe width="560" height="315" src="//www.youtube.com/embed/b0Vkwxyd6qg?list=UU5IhSDXTsi6TrIGHiW8kIBg" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
niedziela, 14 grudnia 2014
W kieracie treningu.
Nie, żebym narzekała, bożebroń. Pierwszy tydzień, pierwsza górka po roztrenowaniu to było ciężko, ale już jestem w swoim flow. Wczoraj pierwsza Falenica anno domini 2014/15 - w wiosennym klimacie, choć połowa grudnia, było dobrze, szybko doszłam do siebie, mimo,że się nie opieprzałam. Choć pierwsze kółko spokojnie, tłum ruszył po starcie, ale potem to ja wyprzedzałam. Trochę rywalizacji się pojawiło, pod koniec 1 okrążenia byłam myśliwym a potem role się odwróciły.Znów nie wyłączyłam stopera, ale chyba porównywalnie z ostatnim sezonem, i ponoć druga - ktoś mi krzyknął. No, ale i tak się nie liczy za bardzo, bo do końca cyklu jeszcze sporo startów. Organizatorzy trochę czasowo podzieli, ale i tak tłumy, ciężko się na łokcie na wąskich ścieżkach biega. Sniegu nadal brak, więc treningowo to wykorzystujemy, może nie jest to Font Roemau,ale zawsze coś do przodu.
wtorek, 28 października 2014
Pies z głową w dół, kobra i inne.
Czyli joga. Po paru latach wróciłam na regularne zajęcia.Pamiętam, gdy chodziłam na zajęcia, jak sie dobrze czułam, wyprostowana, energiczna w ruchach.. Od pewnego czasu, coraz ciasniej mi było w ciele, plecy zaokrąglały sie pod napięciem, wstawanie poranne to ból pięt, długie siedzenie wchodziło w kręgosłup. Czas był na męską decyzję, okres wolniejszy od biegania pomógł, mam energię i chęć na inne aktywności. Szczęście, że zajęcia mam 5 kroków od domu, więc wieczorowa pora nie taka zniechęcająca, gdybym musiała jechac do Wwy. Na wstępie co prawda usłyszałam od nauczycielki, że oni (nauczyciele jogi) są przeciwni bieganiu, bo kompresja, bo uszkodzenia, uderzenia i to co rozciągną ćwiczeniami, to ja niszczę bieganiem. Hm, może nie będzie tak źle. Wszak pół teamu biegaczy górskich Salomona wygina się w asanach i świetnie im się wiedzie. I jestem po pierwszych zajęciach. Czułam jak zastana jestem, ale też, że nie jest tak źle, byłam lepiej rozciągnięta i czująca swoje ciało od paru osób nie biegających a tylko jogujących. Czułam tez, jak fajnie się otwieraja przestrzenie w moim ciele przy kolejnych pozycjach, nawet w pewnym momencie, zrobiło mi sie przyjemnie ciepło w łydkę, która niedomagała. Fajnie było wyciągnąc mostek ku górze, poczuć siłę w pozycji Góry, dowiedzieć się, gdzie mam wewnętrzną stronę kostek i powiedzieć im heloł. To mi się podoba w jodze - ta świadomość, takie wejście w siebie i skonstatowanie, gdzie mam kawałek ciała, o którym w ogóle no co dzień nie myślę a ma mi on wiernie służyć, jak bezimienny służący. Nie obyło się bez rozczarowań - byłam bardzo dumna ze swojego psa z głową w dół, a Nauczycielka bezpardonowo podeszła i przesuneła mi dłonie o pół metra do przodu..no i nici z rasowego psa, kundel wyszedł.
Ale nazajutrz..i krzyż, który łupał mnie ostatnio odpuścił i wyprostu w barkach to na cały dzien starczyło. Najchętniej to bym jogę na receptę przepisywała. I nie mówię tu nic o filozofii, duchowości jogi - jak ktoś tego chce - ok, ale dla mnie joga to genialne ćwiczenia z tysiącletnią tradycją, które rozciągały taśmę tylną powięzi, wtedy, gdy jeszcze przodków Schleipa czy Myersa na świecie nie było(obaj panowie to obecnie najbardziej znani naukowcy badający modną teraz powięź).
sobota, 25 października 2014
Roztrenowanie - It's party time!!
Zaniedbałam pisanie - ani o Krynicy i B7D na 66km, ani o ukochanej B160, ani o Maratonie w Kampinosie.. Jakoś nie było potrzeby uzewnętrznienia się. Teraz - jak w tytule - luz,blues, w niebie same dziury..do polowy listopada. Najwyższy czas na odpoczynek.Jeszcze chciałam w jakieś góry..ale może to właśnie urlopowo wykorzystam wygrany weekend w Szczyrku. To był dobry rok. Przepraszam..to był bardzo dobry rok! Jakość wzięła górę nad ilością. Ostatnie miesiące - co start, to pudło. To bardzo miłe. Ale też łączy się z wyrzeczeniami, zmęczeniem ciała, umysłu też. Więc teraz do Lasu - kilka razy w tyg, na basen, sauna. Morsowanie chcę zacząć regularnie.Jogę.. no i więcej czasu na przygotowanie chałupki do zimy. Tak, żeby zatęsknić za bieganiem.
środa, 3 września 2014
Horsky Kros na Gerlach - nagroda czeka na szczycie.
Kilka dni intensywnego gorskiego biegania w Beskidach minęło jak sen złoty. Posmakowałam Cergowej - wymagającej górki, która stawia rózne wyzwania zależnie od strony, z której się ją atakuje, a wysiłek nagradza widokami i powietrzem bukowego lasu. Poszukiwaliśmy wiatraków w krosie, przedzierając się przez zarośla i jary. I wreszcie - spełnilam marzenie - pojechaliśmy w Bieszczady. Aż mialam łzy w oczach, widząc na żywo te zielone przestrzenie na jedno skinienie. Wbiegłam na Tarnicę, bez podchodzenia i zatrzymywania. I tak jak setka cos mi zmienila w glowie, tak ten podbieg zbudował kolejny stopień rozwoju. Więc, na hasło Szefowej - to może na Gerlach? Są zawody na Słowacji. - zapaliłam się ochoczo. Na fali endorfin, nie skupiałam się zbytnio nad tym, że to najwyższy szczyt Tatr, że to jak bieg Marduły, tylko ciut wyżej. Słowacy robią zapisy przez internet, ale żadnym problemem nie jest zapisanie się na miejscu, w dniu zawodów. Ceny wpisowego tez przystępne - 8 i 10e. Prawdziwy alpejski bieg z prawdziwego zdarzenia - biegniesz tylko pod górę i jest coraz bardziej stromo. Wreszcie przyszedl dzień startu, nocleg w Rytrze i ruszamy na Slowację. Zaskoczona jestem jak są duże różnice tuż za granicą - Słowacja w tych okolicach wygląda bardzo ubogo, stare miasteczka jeszcze mają drewniane bramy z oryginalną snycerką, bo mieszkancy mają za mało pieniędzy by to zniszczyć. Piękne przedwojenne hotele niszczeją w zarastającej roślinności. Bliżej wysokich Tatr przejeżdżamy przez dwa kurorty, gdzie juz jest europejsko - restauracje, sportowe sklepy i odrestaurowane budynki. Góra, na którą mam wbiec rośnie w oczach a mina rzednie w miarę połykanych kilometrów.Szczyt góry spowity w pióropusz chmur. Start i biuro zawodów jest w miejscowości Gerlachov, jesteśmy na tyle wcześnie, że mam okazję przyglądać się nadjeżdżającym zawodnikom. Pół roku wcześniej byłam na pierwszym krótkim alpejskim biegu na górę Żar i uderzyło mnie wtedy, jak zupełnie inny klimat panuje w stosunku do tych głośnych biegów ultra. Jacy inni biegacze przyjeżdżają - żylaści starsi panowie, często i siwe panie, którzy zęby zjedli na bieganiu po górach, bo mieszkają w okolicach. Bez przywiązywania uwagi do ubioru, kompresów, garminów, twarze rzeźbione wiatrem i słońcem. Tutaj też - przyjeżdżają na rowerach, w ortalionowych dresach, starymi skodami. Widać, że się znają od wielu lat, nowe twarze są taksowane uważnie. Jest okolo 50letnia słowacka zawodniczka, która ma rekord świata w biegu na 100km po płaskim, jest Prochazkova - narciarka biegowa, która biega z Kowalczyk w Pucharze Świata, w ogóle sporo teamów narciarskich, widać po opisanych samochodach i szerokich barkach. Są Węgrzy, Litwini. Od nas mistrzowie - Iza Zatorska-sześciokrotna zwyciężczyni i nadal rekordzistka trasy i Andrzej Długosz, z apetytem na zwycięstwo, Daniel Wosik - utytułowany biegacz górski, Ania Berdek - dzień wcześniej zajęła 3 msce w biegu na Skalnate Pleso. Trasa 8,4km, przewyższenie 880m, zaczyna się kawałkiem asfaltu, potem sporo trawy - błoto wysypane trocinami, przebieg przez malutką stację kolejową, asfalt i szlak.Meta przy Domu Śląskim - hotelu pod szczytem.Nie wbiegamy na sam szczyt - szlak nie na zawody.Zakończenie imprezy, jedzenie i dekoracja znów na dole, przy hotelu Hubert. Z niepokojem się dopytuję ile startuje osób (głupio być ostatnią) i czy znajomi poczekają aż tam wlezę, czy szukamy sie na dole.Gorączka przedstartowa. Wreszcie ruszamy. Po trawie nierówno, nogi sie męczą, ale wpadlam w rytm i wyprzedzam parę osób. Co jakiś czas tabliczki informujące ile kilometrów jeszcze zostało.Sporo kibiców dopinguje "hop,hop,hop!".Ciupanie asfaltem z kilometr i szlak, aż się dziwię jak nogi się ucieszyły, łatwiej mi sie biegnie. Wyobrażam sobie, że jest to tylko kolejny obóz biegowy, trochę liczny co prawda, i jak na Tarnicy - Szefowa powiedziała, że nie wolno się zatrzymywać, cały czas haratamy pod górę. Więc haratam, ludzie przede mną podchodzą, ja wyszukuję miejsca pod stopy i ciupię swoje, zaczynają się spore kamienie i strumienie, tu juz trudno, nogi sie ślizgają. Znów mijam kogoś.I zanim się obejrzałam - zakręt i meta! 1'08'', 16 z kobiet. Nagrodą obłędny widok na góry i jezioro. Moczymy nogi, woda mrozi do kości, kolega sie decyduje zanurkować, no, dwa razy nie trzeb mnie namawiać, byc tu i nie pływać w tym pięknie to grzech. Wskakuję i zaraz zamrażają mi się wszystkie komórki.W pędzie do brzegu wykorzystuję wszystkie style plywackie jakie znam, najbardziej ten rozpaczliwy.. Z Danielem zbiegamy na sam dół, nogi zmęczone, lecę w pewnym momencie na pysk. Szybkie doprowadzenie się do porządku w hotelowej łazience i jedzonko - gulasz i piwo Zubr, można bezalkoholowe. Koło hotelu mini zoo - sporo zwierzątek, choć glównie pierzaste widzę. Dekoracja zawodników - wygrali Andrzej Długosz i młoda Słowaczka Beresova, Iza Zatorska na drugim miejscu, pokonując narciarkę z Pucharu Świata. Były tez kategorie wiekowe i znienacka słysze swoje nazwisko - 3 msce i nawet nagroda - 20e. No to rozumiem, wracając wydajemy na obiad w słowackiej gospodzie - prazony syr i herbata z mięty, pokrzywy i podbiału z prawdziwym lipowym miodem. To lubię. Podobają mi się te biegi alpejskie - to zupełnie inny wysiłek niż ultra, mocno, energicznie od początku, serce i płuca na najwyższych obrotach a nagroda czeka na szczycie.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Oszust i s-ka czyli Chudy Wawrzyniec a.d.2014
Piwo i rzeka. Zimna rzeka i zimne piwo. Oszroniona butelka bezalkoholowego w ręce, kładę się na plecach, a chłodna woda gasi pożar na mojej skórze. Zamykam oczy... Otwieram. Jestem gdzieś na granicy polsko-słowackiej, szlak się ciągnie bez końca, uatrakcyjniany plamami błota, po którym ślizgają się zmęczone nogi oraz zwalonymi świerkami, przez które przełażę, raz górą raz dołem. Po raz dwudziesty wyciągam profil trasy z kieszonki plecaka. Oceniam, że to jakiś 65 kilometr, przede mną kolejny "hopek" sądząc z mapy, potem strome podejście na Trzy Kopce i jeszcze jedno na Halę Lipowską a potem z górki. 12 km zbiegu do mety, na wykresie całkiem stromego. Boję się go, jeszcze na zbiegach trzymam mięśnie brzucha z całych sił i bolesna kolka się nie pojawiła, na B160 dała mi do wiwatu. Ale kosztem jest, że zbiegam jak pokraka powoli i zachowawczo. Pojawiło się wredne uczucie pełnego pęcherza, choć taki nie jest. Bardzo przeszkadza. Słonce pali. Spodenki kompletnie mokre, patrzę czy to bukłak nie przecieka, ale to mój pot. Mam dość. Mam dość, jak już dawno nie miałam, może kilka lat temu na Mistrzostwa Polski w Biegach Pustynnych, gdzie po pierwszych 5 km myślałam, że zejdę. Z trasy i ze świata. "Pierwszy i ostatni raz ta trasa" - myślę. Ciągnie się jak flaki z olejem. Siły powiedziały mi "papa" ze 20 km wcześniej i poszły nad rzekę po piwo. Wcześniej, przed 40 km, na szczycie Rycerzowej, gdzie było rozejście tras - na krótszą (50km) i dłuższą (85km), Anielica na moim lewym ramieniu głosem rozsądku radziła - "skręć w prawo, jeszcze 10 km i już, rzeka i piwo..nogi odpoczną..Przecież możesz wybrać trasę." Diablica na prawym syczała- "Zdecydowałaś sie na 85! co to za odpuszczanie! Twardym trzeba być nie miętkim!". Na pierwszym wodopoju zwierzyłam się z rozterek Krzyśkowi, który do mnie doszedł - "nie rób scen." - usłyszałam. Nie pomógł. Na Rycerzowej dwa banery - w lewo na 50km, prawo - 80km. Nie chcę się długo zastanawiać, prawo. Pytam spisujących, która jestem - "Druga". Ziemia zaczęła mnie parzyć w stopy, zlatując w dół, słyszę jeszcze za sobą - "Powodzenia!" Diablica znacząco spojrzala na Anielicę, ta wzruszyła ramionami. Lecimy! Druga! Za Ewą Majer, szał po prostu! Teraz tylko to utrzymaj. Po drodze mijam Maćka Więcka - zwykle zwyciezcę takich biegów, teraz kuśtyka, bo uszkodził sobie stopę. Ponad połowa drogi przede mną, jeszcze wszystko sie może zdarzyć. Niepewność do samego końca. Startując miałam nadzieję na pierwszą 10tkę, może 6tkę. Znów patrzę na profil, druga połowa to 5 mocnych podbiegów i kilka "bździdełek". Okazuje się, że owe "bździdełka", kumulując się, najbardziej wysysają siły. Pojawia się i osławiony Oszust - stroma ściana błota, płaczu i zgrzytania zębów. Dochodzę do paru biegaczy, jeden opiera się w połowie stoku o drzewo i ciężko dyszy. Dwie poprzednie edycje padal deszcz, wyobrażam sobie, jaką ta góra była wtedy zjeżdżalnią. Teraz, mimo słońca, nadal podłożem jest śliska glina. Jak jest podejście, to musi być i zejście, ktoś przede mną zjeżdża na siedzeniu, ja wykonuję efektowny mostek az kości zatrzeszczały. Potem drugi wodopój na przełęczy Glinka - znów dwa litry wody na plecy, wypijam piwo alkohol free, goryczka przyjemnie drażni gardło, dwa kawałki banana i dalej, byle nie stać. I znów długa ścieżka. Byle do przodu, wkrótce biegnę sama. Pojawiające sie co jakis czas białe słupki graniczne wydają mi się postaciami ludzkimi. Parę razy miotnęło mną po ściezce - "co, do cholery? no tego jeszcze nie było, żebym słaniała się na nogach". Analiza - za mało zjadlam? Pilam? Za dużo słońca? Nikogo przede mną, nikogo za mną. Kolejne wzniesienie, z profilu mi wynika, że jeszcze to nie sa Trzy Kopce, po których czeka mnie tylko podejscie na Hale Lipowska, a potem 12 km do mety. Mam dość. I to jest ten moment w ultra - tu walczysz tylko ze sobą. Myślę, ze jeśli dotrę na te Kopce, to tam zostanę, zapuszczę korzenie i żadna siła mnie nie ściągnie. Diablica się uaktywnia: "Dalej, Mielochówna, rusz tyłek. Zaraz dogoni Cie Krzysiek albo jakas dziewczyna, chcesz tego? Będziesz się tak wlekła, to zaraz Cię inni dojdą.To, że nikogo nie ma, nie znaczy, ze się nie zbliżają". Oszczędzam wodę bo już malo zostało, korzystam z czystej kałuży. Jest szczyt, na nim zaskakuje mnie PK i słowa "Witamy na Trzech Kopcach" - "alleluja" wyrywa mi się. Dostaję czarna opaske na rękę, ktora zaświadcza, że jestem na długiej trasie i mijam ostatni PK. Jak dobrze, to juz była ta ostatnia stroma góra, teraz tylko Lipowska, dostałam skrzydeł i żwawiej zaczęłam przebierac nogami - więc siły były, tylko umysł jeszcze za słaby. Po drodze dobiegam do biegacza z Katowic, ma kontuzję kolana, podpinam się pod jego pomysł, by na Hali w schronisku kupić zimną colę i wodę. On siada, ale ja się żegnam i lecę dalej, teraz tylko zbieg, znów zmyłka w profilu - wcale nie jest taki stromy, ale koszmarnie długi. Szeroki szlak zmienia sie w wąską ścieżynę w zarooślach, już widzę dachy miasteczka, ale jeszcze parę zakrętów. Wreszcie wydeptana w trawie trasa i stromy zbieg. Trzymam mięsnie brzucha, bo gdy tylko lekko puszczę, zaczyna kłuć. Mijam kogoś idacego. To juz tuż tuż. Wbiegam na piaszczystą drogę, ktos z domku obok klaszcze, Jakieś sągi drewna, mostek i meta. Org wiesza mi medal na szyi. Ubłocona od stóp do głów, wchodzę do rzeki z piwem w ręku..Woda gasi pożar. Diablica podtapia Anielicę. Jest dobrze.. Za rok pobiegnę szybciej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
